" Jak nie ukończyłem najtrudniejszego ( może, może .. ??? ) rajdu przygodowego na świecie ( jeśli ktoś go tam zorganizuje!!!) czyli hydrotreking w 11 dni"


Przepis na doskonały rajd przygodowy.

Bierzemy dolinę rzeki Rio Humules, wulkan Hudson, dolinę rzeki Rio Riosco i zapraszamy zawodników. Wypływamy statkiem z Puerto Aisen ( XI Region Chile ), docieramy do Puerto Bonito - osady składającej się z blaszaka zamieszkałego przez dwóch przesympatycznych młodych ludzi: Amerigo i Johnego. Do pokonania odległość w linii prostej max 120 km. Dystans szacowany do pokonania to ca 155 km. 1 etap: kajaki morskie ok.15 km. 2 etap: treking połączony z bno ok. 90 km; w trakcie zadania specjalne, alpinistyczne, rafting, pokonywanie rzek, pokonywanie dżungli. 3 etap: rowery górskie ok. 50 km ( w tym ok. 15 km prawdziwie kamienistej drogi). Czas na pokonanie trasy 7 dni. Zapraszam.

Tak generalnie dolina wyglądała od morza

Nieudana próba pokonania trasy potencjalnego rajdu.

W dniach 06.04 - 20.05.2009 Andrzej Czubalski, Tomasz Pryjma, Olaf Wundrich oraz Krzysztof Zajdziński próbowali zrealizować w Chile ciekawy projekt dogłębnej eksploracji półwyspu Taitao. Poważne plany z przyczyn różnych legły w gruzach. Na otarcie łez Olaf zaproponował ciekawy treking doliną Rio Hummules, przez wulkan Hudson do Puerto Aisen. Poniżej kilkanaście słów o tym ciekawym przedsięwzięciu.

widok na wulkan Hudson - naturalnie w chmurach

03.05. Dzień pierwszy.

Okazuje się że Olaf daje snuje swój plan. Nie ruszamy razem! My napieramy pieszo na wulkan Hudson a później dalej do Puerto Chacabuco. On zaś wraz ze sprzętem, statkiem udaje się do Aisen. Ponoć Navy zamknęła porty i nie możemy płynąć pontonami, a On sprzętu nie może zostawić samego. Ponoć nie dowierza właścicielom statku. Tak więc koło 12 - tej ruszamy pontonem, wraz z chłopakami z Puerto Bonito do Rio Hummules. Kołysze trochę, ale dla nas to już ostatni raz. Witają nas pracownicy właściciela statku, który ma w delcie rzeki wielką posiadłość. Po kilku chwilach formułuje się szyk: Pan z koniem, chłopcy, Olaf, psy i nasza trójka z plecakami. Jest fajnie, ledwo idziemy, zdaje się że nasze plecaki są nieco ciężkie. Przez pierwsze dni mamy poruszać się w górę Rio Hummules, szukając właściwej drogi, to znaczy takiej która pozwoli nam w miarę bezboleśnie, w relatywnie małej wodzie przedostać się jak najwyżej. Boki doliny szerokiej tak na jakieś 5-8 km są strome i pełne dżungli tak więc nic innego i tak nie wchodzi w rachubę. Chłopaki zostają przy pierwszej rzeczce, reszta rusza dalej. Pierwsze przejście jest dość zachęcające – ściągamy spodnie i tylko kalosze mokną. Druga część rzeki jest już imponująca. Dobrze że płytka, ale woda jest kompletnie szara, nieprzeźroczysta, matowa. W końcówce Czubal grzęźnie na amen, Olaf bierze plecak i nasz doktor nurkuje wręcz by się odkopać. Trzeba być czujnym! Dalej idziemy już sami, po pożegnaniach z O i z Panem, koniem i psami. Jako że to wyspy, ta kończy się za jakieś 3 km i po krótkich wahaniach czy na lewo czy na prawo zostajemy spać. Jutro dalsze decyzje. Pierwsza noc bez naszego kochanego Olafa czyli K.O. też ładnie.

start z poziomu morza

04.05. Dzień drugi.

Wczoraj przeszliśmy 6 km w linii prostej, dziś wyszło coś koło 12 km. Można poruszać się tylko za jasnego – czyli między 7 rano a 18 tą wieczorem. Próby z czołówką są zabójcze. Wczoraj były dwa przejścia rzek dziś z kolei 4. Jedna z odnóg rzeki miała ponad 900 m szerokości … Wesoło się robi. Ostatnie przejście powyżej pasa. Tempo nie jest zabójcze, ale chyba Rio Hummules pokonamy.... Droga mimo iż na stałym lądzie to wiedzie głównie wodą ... Ale szczęśliwie przez przejście przez Morze Martwe wiedzie nas Św. Krzysztof – Patron Podróżnych. A ostatnia jego sentencja brzmiała – „jeszcze jedna polanka dalej, a Wam przypierdolę ...”. Wulkan Hudson wita nas ciekawym światełkiem. Majaczy się ono pomiędzy mgłami i kolejnymi zasłonami deszczu. Nie muszę chyba dodawać że pada praktycznie cały czas? Jak w końcu skończymy rzeki może na niego wejdziemy, a potem już do cywilizacji! Stąd w linii prostej jeszcze z 60 km ... Dziś telefon do Kasi nieudany. Ząb na czekoladzie złamany. Śpimy tuż obok wielkiego lotniska z piasku. Ach ten wulkan ... Wszystko fajnie ale jednak przebiegi nie te. Postanawiamy nieco oszczędzać żywność, bo obliczenia mówią że może być krucho.

kolejne kroki w wodzie ...

05.05. Dzień trzeci.

Wstępnie było spoko, po jakiś niecałych 2 km przeprawa, ale pontonowa na linie. To już kawałek rzeki z charakterem górskim. Udana przeprawa. Potem długo pampa i pampa. Sandy, kule z wulkanu, płaskie etc. Przeprawy liczne, ale kaloszowe - więc nie warte wzmianki. Krzysztof uciekał przed bykiem, to było coś! Kolejna chata nie wiadomo kogo i czego pusta. Wreszcie naprawdę wielka i ostra rzeka. Próba przejścia i nie ma szans. Po wejściu na głębokość uda woda każdego z nas porywa. Skłębione wiry nie pozwalają też na użycie łódki. Długo więc lewą stroną doliny się szarpiemy, aż poszliśmy nawet z liną zjazdami ze zbocza. Alpinistyka stosowana! Wraz z KZ doposażyliśmy się w dwa kije. Tutejsze tereny jednak tego wymagają. A taki byłem pewny że nie potrzebuję kijka. Po wspomnianym zjeździe cieliśmy znowu z 2 km po płaskim, gdzieś tam daleko z prawej była rzeka. W końcu zbliżały się zwężenia i nastały kolejne próby przejść. Do ud, do pasa. Powrót. Andrzej ześlizgnął się prawie do piersi. Po dyskusjach postanowiliśmy ciąć nadal lewą aż się da, albo nie. Nie dało się. Po prostu koniec. Trzeba było pontonować. Ale niestety tym razem bez liny. Rzeka była skłębiona i ostra. Prąd pancerny. Robiło się już ciemno. Złośliwie wskazaliśmy na Kaza bo jakoś pianki się trzymał. Chłopaki wzieli pianki, ja stwierdziłem że to bez sensu… Szerokość odgałęzienia nurtu które było przed nami to jakieś 40 m. Krzysiek spłynął pontonem jakieś 120-140 m niżej. Zostawił plecak, potem ponton pod pachę i 200 m w górę i przepływ do nas. I tak na zmianę, robiliśmy siebie i plecaki. Wlewki wody i tym podobne. Łapanie się kamieni, wywrotki. Wszystko co dobre. Tak się tym wszystkim zajeliśmy że zapomnieliśmy o czasie. 18 ta i jest już ciemno. Ostatni przejazd Andrzeja i Krzyśka w kompletnej ciemności. Potem jeszcze jedno przejście rzeki, takie do ud i 200 m do krzaków i kibel namiotowy. Super miejsce odsłonięte od wiatru. Wcześniej w przebłyskach widzieliśmy znów coś z wulkanu. Miała być lawa, ale raczej jest śnieg ...Ciekawe? Rano udało dodzwonić się do Kasi. Ona z kolei w Egipcie. 40 stopni. Ciekawe, ciekawe! U nas wieczorem 8 stopni, w nocy pewnie będzie koło 4-ech.

podstawa to technika

06.05. Dzień czwarty.

Dziś wyjątkowo wieczór przy świecy. Dzień kondycyjny, dzień turystyczny. Odeszliśmy od głównej doliny Rio Hummules w kierunku moren ograniczających dolinę rzeki spływającej spod wulkanu. Zrobiliśmy koło 10 km, Andrzej dodatkowo 5 km. Ale nie w tym kierunku. Z wulkanu nici. Miała być lawa, jest wielki lodowiec osypany tylko smogiem wulkanu. Wielki i trudny do pokonania. Aby wejść na górę trzeba co najmniej 2 dni, przynajmniej jednego biwaku. Nie stać nas na to, a poza tym tego lodu jest naprawdę dużo! Kolejna rejterada. Zresztą na okolicznych szczytach jest też pełno małych lodowczyków. Szerokość geograficzna na południu kuli ziemskiej jak Warszawy na północy. 1200-1600 m npm ... A tu lodowce. Super! W lodowcu jaskinie. Wreszcie pierwsze które widzimy w Chile! Ale oczywiście z daleka. Rzeka z lodowca okrutna. Nie do pokonania, przynajmniej tu przy spiętrzeniu lodu. Przeprawa czeka na nas jutro. Dzisiaj w zasadzie bez takich zabaw. Pierwszy dzień, cały w normalnych trekerskich butach, a nie kaloszing Normalnie górskie buty służyły nam za bambosze w namiocie …. Pogoda zresztą też dziwna? Cały dzień nie padało a nawet było bardzo ciepło i nieco słońca. Wieczorem ognisko, jedno z 2-3 na całej wyprawie. Dopiero teraz zaczyna padać. Andrzej męczy Olafa o koordynaty ... Kumple coś na boku omawiają, zdaje się że mają więcej wątpliwości w stosunku do całego przedsięwzięcia niż ja. Moi partnerzy są niepoprawni. Coś kombinują, Krzysiek twierdzi że kiepsko z jego cukrem ( jest cukrzykiem, codziennie z napięciem obserwujemy jak bada poziom tego elementu w swym ciele, i robimy zakłady kto poda bliższy wynik ...).

nurt rzeki już bardziej górski

07.05. Dzień piąty.

Kolejny dzień kondycyjny. Chodzimy bez sensu z plecakami w górę i w dół doliny. Czasem przerywamy sobie małymi przeprawami. 1-sza to duża wtopa Krzysia – po całości, dobrze że miał piankę ( woda ma jakieś 2 stopnie ciepła wokół pływają bryły lodu) , 2-ga to szaleńcze ale piękne przeprawy pontonowe, 3-cia i kolejne – tylko do ud, więc takie że nie ma o czym mówić. Schodząc spod lodowca doszliśmy znów do Rio Hummules. Podobnież wzdłuż rzeki ma być gdzieś stara droga. Przynajmniej tak nam mówiono i tak zakładaliśmy. Niestety tu jej nie ma … Szukamy, szukamy i nie ma. Nastrój depresyjny … Chyba trzeba będzie ciąć maczetą.. . Dżungla jak cholera. Ciężko widać przyszłość. Dzisiaj już oczywiście kalosze. Normalne buty tradycyjnie robią za nasze bambosze… Kolejna rozmowa z Olafem. Nic nie wiemy. Ponoć za 700 m kończy się busz… Jak na kondycyjny dzień to dosyć mokro i dość ciekawie. Zobaczymy jak będzie dalej. Jutro próba buszu Nastroje w ekipie słabną wprost proporcjonalnie do zmniejszających się racji żywnościowych i w zasadzie nie zmniejszających się odległości do cywilizacji ... Cukier Krzyśka jest naprawdę niski. Mówię mu że się chyba wyleczył. Lekarz coś dziwnie chrząka. Sam zainteresowany wyciąga tylko rękę po czekoladę.

przed nami czoło lodowca

08.05. Dzień szósty.

Nasz namiot rozłożyliśmy na kamienisto-piaskowej skarpie nad rzeką. Wydawał się sensowny. Nocą, jak zaczęło padać jak w Bangladeszu ( od teraz mówię jak w Chile ) przestaliśmy tak sądzić. Rankiem, wszędzie była woda, leżeliśmy nawet w małej rzeczce. Koszmarny syf i gnój. Wszystko w mokrym piasku który przyczepia się makabrycznie. Zwijamy to wszystko cięższe o jakieś 5-8 kilko. Pada po prostu przerażająco i jest paskudnie zimno. Jeszcze nie wiemy, ale będzie tak do końca dnia. Miał to być dzień kondycyjny i częściowo był. Ale były tez porażki i sukcesy. Pierwsza próba poszukiwania drogi nad rzeką wysoce nieudana. Po jakiś 250 m okrutnego i jałowego przedzierania się w kłębowisku zarośli tuż przy rzece, odbiliśmy z rozpaczy nieco w bok i klucząc w strumykach i bagnach; ale w bardziej otwartej przestrzeni dotarliśmy po niecałej godzinie nad wysoka żwirową skarpę. Przed nami otwarta przestrzeń, kilka rzek i wreszcie pampa o której mówił chyba Olaf! W dali widać piękne tereny, choć pogoda i widoczność dziś nie rozpieszcza. Nie ma innej możliwości, realizujemy zjazd na linie, myjemy linę ze żwiru i dalej hajda do wyśnionego jeziora. Może w takich warunkach jeszcze dziś na wieczór tam dojdziemy! A tak ponoć ktoś mieszka! Ma chatkę! Po kilometrze i pokonanych kilku strumykach w konsekwentnej ulewie zaczynam się coraz bardziej nerwowo rozglądać… O kurwa! To przecież nasz wczorajszy biwak … Szkolny błąd. Kompas i gps w plecaku … Zakręciliśmy się w kółko i koniec. Depresja! Zmuszamy się ciężko do powrotu. Aby nie zaczynać znowu od rzeki wszarpujemy się na zbocze pareset metrów poniżej miejsca gdzie zjeżdżaliśmy …Stąd planujemy dojść ponownie do rzeki. Tym razem w ręku kompas i gps. Walcząc w brei i syfie mchów, porostów, gliny i wody tniemy w kierunku rzeki. Po 10 minutach straszny zaskok! Wiszące plastykowe szmaty, stary foliowy szałas – znaki kierunkowe o których mówili nam tubylcy! A więc może droga istnieje? Omineliśmy te miejsce dosłownie o 20 metrów … Pierwsze kroki upewniają nas że mamy drogę! Co kilkanaście kroków duże nacięcia na drzewach i ślad ścieżki prowadzi nas we właściwym kierunku. Droga, co prawda odwiedzana dawno nie była, ale jednak tu się lepiej poruszamy. W ogóle się poruszamy! Wbrew pozorom jednak jest to mimo iż na lądzie, droga wodna. Po lewej i prawej dżungla. Gęsta i skołowaciała. Środkiem trochę powycinany, trochę udeptany ślad ścieżki, zalany tak na co najmniej pół metra wodą. Pod nią pokłady gliny, roślin lub upadłe drzewa. Czasem idzie się dość sprawnie, czasem walczy się o swój kalosz, lub już tylko o to by nogę wyciągnąć … Prowadzą nas więc nacięcia i ścięte gałęzie, czasem co jakieś 30-40 metrów trzeba dłużej poszukać śladów. Prawdziwa zabawa w Winnettou. Idziemy we właściwym kierunku, trzymamy się jakieś kilkadziesiąt metrów od naszej rzeki. Słychać ją i nasze urządzenia to potwierdzają. Robi się coraz bardziej gęsto. Pamiętam że ktoś mówił że tu dżungli nie ma. Aha! Full wypas. Dwa strumienie przekraczane w trakcie ochładzają do pasa, Krzyśka zaś po całości. Po około 4 godzinach i pokonaniu jakiegoś horrorystycznego bagna trafiamy na znaki końcowe – to naczepione na wysokich żerdziach resztki żółtego sztormiaka. Obok kolejny foliowy szałas. Niestety droga się nie kończy i wcale nie widać żadnej pampy … ??? !!! Kurwa. Co jest? Miało być inaczej! Tniemy dalej, ale robi się coraz ciemniej i nie ma już mowy o poruszaniu się w dżungli która od parunastu już metrów zadowala nas dodatkowo skłębionym bambusem. W jako takim miejscu wycinamy miejsce na biwak. Ja jeszcze wyrywam dalej, ale gubię się zdecydowanie w powalonych drzewach i nie mam żadnej koncepcji. Nie ma drogi czy co ??? Zobaczymy jutro. Szczęśliwie pogoda nieco robi się łaskawsza, pada już tylko delikatnie … Ale temperatura zerowa. Oszczędzamy żarcie na całego. Nominalnie miało nam się już skończyć dzisiaj a my mieliśmy być 50 km dalej. Dobrze że zaczęliśmy na początku oszczędzać. Podstawową zabawą jest oglądanie opakowań żywności i analiza składu oraz przede wszystkim kalorii. Zawsze dodatkowo twierdzę że gorąca woda daje 2 kalorie – z gorącym kubkiem daje to 49 kalorii. Na trzech? Idealnie. Sumując wszystko co mamy średnio wychodzi około 800 kalorii na trzech. Chyba dobrze?

przygotowania do kluczowej przeprawy

wreszcie w nurcie!

09.05. Dzień siódmy.

Walka w dżungli cd. Wczoraj od poprzedniego biwaku zrobiliśmy okoo 1,5 km, dziś niecałe 1,2 km ... Też deszcz, a nawet śnieg. I to dużo. Przez pół dnia napadało tak z 10 cm które się nie roztapia, a na szczytach w górze jest normalna zawieja. Śnieg w bambusach, śnieg w dżungli jest niesamowity. Temperatura koło zera tak więc granica między zamarzaniem a spływaniem jest dosłownie płynna. Andrzej był dziś niesamowity. Małą i skromną maczetą ciął i ciął. Na lewo i na prawo. „Droga” i owszem czasami była widoczna. Ale skłębiona masa bambusa rosnącego naraz we wszystkie strony, paproci, łopianów i wszelkiego rodzaju zielska oraz drzew i drzewinek stawiała zdecydowany opór. Ciął na lewo i na prawo. Do przodu i wstecz. W górę i na dół. Było kurewsko zimno, opanowała mnie apatia i kryłem tylko ręce w rękawach żeby jak najmniej dostało się tam wody. I tak nie miało to znaczenia ponieważ czułem się i tak jak na pływalni połączonej z sauną mokrą i parową, tylko że niestety bardzo, ale to bardzo zimną. Krzysztof też wszedł w stan apatii, jedzenia coraz mniej, więc odbija się to na nim szczególnie. Zaktywizowałem organizację uszczuplania racji żywności. Przeszliśmy na pokarm płynny. Teraz dieta dzienna wynosi 550 kalorii na 3-kę facetów. Tak. Dopiero wieczorny namiot dał nam trochę ciepła. Krzysztofowi wyniki poprawiają się radykalnie, nadal twierdzę że pewnie będzie wkrótce zdrowy! Niestety nie widać tego po nim. Gaśnie w oczach i dziś radykalnie panicznie wielokrotnie krzyczał. Wieczorem tworzą wspólną frakcje z Czubalem i żądają wezwania helikoptera. Krzysiek twierdzi, że dalej już nie pociągnie, a chce po prostu żyć. Przy takim urobku, przy tak dostępnej drodze nie mamy szansy po prostu na nic. Jeszcze Olaf telefonicznie zapodał – „ to wracajcie!”. Nie wspomnę że wczoraj krzyczał – „napierać!”. Wszelakie wyliczenia są jednoznaczne. Nie uda nam się dojść do ani do Puerto Chacabuco czy Puerto Aisen, nie uda nam się też dojść do końcówki budowanej drogi, poza tym nie uda nam się nade wszystko dojść do jeziora Ellis. A tam miał ktoś podobnież mieszkać ... Chyba trzeba wracać. Jeśli jutro O rano nie powie nic sensownego – to po prostu wracamy. Nie ma innej opcji. Może zdążymy na statek który nominalnie ma być na wybrzeżu 15-tego. Ale czy pokonamy rwące lodowcowe rzeki które po ostatnich opadach musiały znacznie się podnieść? W duchu liczymy jednak na stabilizację związaną z opadem śniegu i mrozem nieco wyżej. Te rzeki to koszmar którego bardzo, bardzo się boimy. Trzeba będzie coś wymyśleć. Generalnie wielka kaszana, zimno, gładko i do domu daleko ( jakieś 16 000 km ...). Ale też jest ładnie ( czasami ) i bardzo ekstremalnie ( 75% czasu).

biwak w dżungli

małe przepychanki w dżungli

10.05. Dzień ósmy.

Dziś rocznica mojego ślubu i poznania żony – ale nie ma czasu na sentymenty. Może później. Zadanie na dziś było proste. Rozmowa z Olafem nie dała nic, więc stało się jasne. Musimy wracać jak najszybciej. Postawiliśmy więc taki plan: jeden dzień – wyrwać się z dżungli, drugi – pokonać lodowcowe rzeki i główny nurt Rio Hummules, trzeci i czwarty – dotrzeć do wybrzeża. Dżungla była okrutna, ale puściła nas ostatecznie przez dwa etapy które poprzednio zajęły nam dwa dni. Krzysztof w stanie głębokiego osłabienia. Wszyscy wielokrotnie czołgaliśmy się na kolanach, nie żeby pokłonić się dżungli, lecz żeby po prostu przejść, przeczołgać, przedostać. Udało się! Dobrze że wyrwaliśmy się z bambuslandii! Jest zimno, koło 3 – 4 stopni, na przemian siąpi deszcz to trochę płatkami śniegu machnie. Jakieś 100 – 200 metrów wyżej leży już gruba pokrywa świeżego śniegu i z godziny na godzinę ”schodzi” wraz z mrozem w dół doliny. W małych potokach jest mniej wody, może więc będzie niżej łatwiej ? Po wyrwaniu się z naszej matni, założyliśmy biwak nad główną rzeką. Zostawiliśmy Krzyśka ssącego ostatniego snickersa i ruszylismy na przeszpiegi w dół rzeki. Niestety nasze idee i koncepcje trzeba było naturalnie zmienić. Rzeczywistość i przebieg rzek są nieco inne niż zakładaliśmy. Na jutro więc mamy plan – ciąć rzekę płynącą z lodowca i marsz w dół. Proste, no nie? Może się uda. Jak nie, to jednak trzeba będzie wzywać pomoc. Przygotowujemy duże jedzonko – jeśli można tak powiedzieć ... Dość dużo płynów. Jedziemy już na zapasowych resztkach a one powoli też pokazują dno. Też w Polsce dzisiaj komunia Bartka. Powodzenia! Przeszliśmy dziś 3 km w linii prostej. To się nazywa tempo! Niektóre metry w stylu pielgrzyma...

zmęczeni jak cholera

11.05. Dzień dziewiąty.

Założenia są realizowane w słusznym stylu. Dzisiaj plan pod tytułem „rzeki” udało się zrealizować w całości a nawet i więcej! 3 razy porządny ponton na rzece lodowcowej, przy czym przy trzecim jeszcze dodatkowe przejście wpław. Nie licząc oczywiście drobiazgów, czyli takich do połowy uda. Generalnie jako że nie było możliwości używania liny na pontonie, to było o wiele więcej przejazdów niż mogłoby się wydawać. Wszak łódka jest jednoosobowa a nas trójka i trzy wielkie plecaki. Trzeba więc to robić na zmianę. Generalnie dzisiaj Andrzej jechał pierwszy i miał wiele, wiele wlewek. Niektóre po całości. Dobrze że miał piankę na sobie … Był wspaniały i odważny. Znowu. Krzysiek też miał piankę, ja z założenia wszak postanowiłem jej nie targać. Tym razem jednak było dla mnie ok. Dla odmiany miałem jedną nogę mokra do kolana drugą do końca uda. Więc dobrze. Wokół piękne śnieżne i lodowe widoki. Dzień był łaskawy – w nocy nie padało specjalnie, od rana były tylko małe przeloty. Rzeki pokonaliśmy a nawet szarpnęliśmy porządnie do przodu. 11 km w linii prostej! To się chyba nazywa pęd do życia. Końcówka dnia z naprawdę pięknymi widokami i nawet nieco na sucho. Humor doskonały, wszak udało się zrobić to co napawało nas lękiem. Krzysiek też nieco się polepszył i zwalczył osłabienie psychiczne. Daje to nam jakieś realne perspektywy ocalenia. Jedzenie prawie się skończyło, jedziemy już tylko na oparach. Mamy jeszcze dwie zaoszczędzone porcje na dwa dni po 300 kalorii łącznie. Powinno wystarczyć. Doszły wiadomości od Kasi, są dobre, bardzo miło. Zapomniałem dodać że wczoraj kompletnie w nocy wszystko zmroziło, zamarzła woda w menażkach, kałuże na daszku namiotu, mocz w kaloszach ( bo tak się załatwialiśmy w namiotach ) i małe strumyczki. Dziś lepiej, aż koło 4 stopni.

znów konkretna walka

tomek marzy tylko o ucieczce

12.05. Dzień dziesiąty. Dzień Pawia.

Kolejny dzień kiedy udało się zrealizować założenia i to nawet ponad. 14 km! W linii prostej. To jest absolutny rekord naszego trekingu! I to w sytuacji kiedy permanentnie słabniemy. A dzisiejsze racje żywnościowe są coraz mniejsze i coraz bardziej wodniste. Ponadto dwaj Panowie kuleją zdecydowanie a ja im tak nie jestem w stanie zagrozić. Wprost nie mogę ich dogonić! Są szybsi i tyle. Choć zdecydowanie pomaga im mój plecak wbijając wagową piłkę do swojej bramki. Na początku miał może koło 30 kilo, a towaru ubywa, natomiast mu przybywa wagi … Udało nam się dojść prawie na nasz pierwszy biwak. To był prawdziwy wyczyn. Po drodze jeszcze musieliśmy pokonać dwie rzeki które poprzednio zwalczaliśmy wpław i pontonem, tym razem poszło prawie, prawie na sucho … Poszło z marszu i prawie bez wlewki. Pogoda nam znowu trochę dopasowała, jeśli tak można powiedzieć… Oczywiście nie zabrakło deszczu, nie mogło. Stwierdziliśmy że jest blisko do celu a więc wieczorem zracjonowaliśmy racje żywnościowe jedząc praktycznie wszystko. W ciągu dnia łapał nas wielokrotnie prosty zwyczajny głód. Tak łapał że trzeba było przysiąść, powdychać porządnie powietrza i może jakiś łyczek wody zlizać z kurtki. Wtedy było lepiej. Teraz rzuciliśmy się na wszystko łapczywie. Pół litra zupy pomidorowej, pół litra kakao i .. Dla mnie było za dużo w tym mleka – chwilę po ostatnim łyku rzuciłem się w krzaki i wymiotowałem do szczętu wszystkim co jeszcze zostało w żołądku. Niewiele było, ale skurcze trwały. Chłopakom powiedziałem że to tylko mleka, ale chyba jednak rzecz była w czym innym. Po prostu organizmy nie pracowały już tak jak powinny. Po uspokojeniu ugotowałem kolejną menażkę zupy ogonowej i wpałaszowaliśmy ją szybko. Zajadłem orzeszkami, zagryzłem zęby i już nie wymiotowałem. Zjedliśmy prawie wszystko, zostały dwie torebki herbaty, kawałek czekolady i napoje rozpuszczalne na prawie 2 litry. Jutro jest szansa na depozyt żywnościowy pozostawiony w „pueblo” prze Olafa. Chyba że miejscowi zjedzą. Andrzej pragnie ugotować makaron w takiej ilości i tak gęsty że łyżka będzie stała! Okaże się jutro. Może! Wczorajszy biwak był ładny, ale i strasznie „zaliczony”, przez cały wieczór, dzisiejszy dzień i także dziś wieczór wyciągaliśmy te małe pijawki z różnych prześmiesznych miejsc.

nie tylko woda wciąga ...

13.05. Dzień jedenasty.

Dzień szalony. Opcja kanadyjska, opcja cywilizacyjna. Po przejściu kilku rzek, kilku wysp; siedliśmy na pniu, już w odległości zaledwie kilometra od domu nad morzem. Przed nami wielka dolina w której spędziliśmy ostatnie dni. Szczyty i wzgórza pełne śniegu, wiszące lodowce uśmiechają się ciekawie, mała rzeczka szumi miło, słońce przegląda się w opadających koloryzujących liściach. Kanada, po prostu Kanada. W tej chwili kiedy za mną już była przepustka do cywilizacji, nie chciało mi się do niej wracać. Mógłbym tu zostać. Nie chce się wracać. Niestety poczyniliśmy te ostatnie kroki i znaleźliśmy się na posesji Don Alejandra. Nie było Go, nie było prawie nikogo poza psami i Panią z obsługi. Zaprosiła nas do swojej budki poczęstowała kawką i pysznymi bułkami. Słuchaliśmy miejscowego radia i oglądaliśmy plakaty. Taki wolny powrót do życia. Było koło 14 tej, pogoda po raz pierwszy zrobiła się wręcz rewelacyjna, słońce prażyło niemiłosiernie ( 14 stopni). Rozłożyliśmy się malowniczo ze wszystkim i suszyliśmy, suszyliśmy. Suszyliśmy. W trakcie meldunku dla Olafa okazało się że niestety są problemy z naszym statkiem. Nie specjalnie wiemy o co chodzi ale niestety ma być on tutaj nie wcześniej niż 19-tego. Wtedy właśnie mamy samolot… Olaf sugeruje że mamy łapać stopa. Stopa na morzu!?? Mamy UKF-kę, kiedy zobaczymy coś pływającego mamy go wzywać i prosić o zabranie! Na razie decydujemy się na odpoczynek, od rana zaczniemy walczyć. Dzwonie jeszcze do Kasi z prośba o ew. przebudowanie biletów. Nasza beczka z żarciem jednak czeka. Robimy sobie wielką wyżerkę i kładziemy spać. Czubal jeszcze trochę biega po wybrzeżu i macha do pingwinów, ale one nas chyba nie zabiorą … Jeszcze wieczorny kontakt z O i elektryzująca wiadomość – za godzinę będzie przepływał statek Rio Pasqua i może nas zabrać. Mamy się z nim łączyć i ustalać. Andrzej wyrywa z namiotu i krzyczy na kanale 69 „ Rio Pasqua , Rio Pasqua there is Rio Hummules – we want to go to Aisen!”. Nic się nie odzywa, nie dziwię się. Patrzymy na siebie z Krzyśkiem leżąc w śpiworkach nieco z politowaniem. Nic z tego nie będzie. Andrzej biegnie do pobliskiej chatyny, prawie wyrywa drzwi i budzi Victora – to partner Pani która nas wcześniej przyjęła. Kompletnie się nie rozumieją, my rżymy ze śmiechu, Pani wkurza się że zabrano jej z łóżka ciepła poduszkę. Czubal idzie po rozum do głowy. Dzwoni satelitką do Olafa, prosi po angielsku o wytłumaczenie Victorowi o co biega. Andrzej daje telefon Victorowi, Olaf po hiszpańsku tłumaczy, V powoli zaczyna kumać. Chłopaki zawijają kiecę i biegną na wybrzeże, może stamtąd łatwiej będzie się połączyć. Jak Victor przejął ukefkę to już ktoś tam coś zaczął się odzywać, ale coś jeszcze nie gra. Andrzej rzuca na odchodnym żebyśmy się szybko pakowali. Jakoś nas to nie przekonuje, ale koniec końców powoli się pakujemy. Nawet wyczołgujemy się z namiotu i nagle widzimy biegnące ku nam dość szybko światełka. Cholera – krzyczę do Krzyśka, chyba jednak mamy stopa! Nasze akcje przyśpieszyły, Czubal z daleka krzyczy - szybko – szybko mamy tylko pół godziny. Radykalnie pakujemy wszystko byle jak, resztę żywności zostawiamy Victorowi i biegniemy w ciemność z beczką, plecakami i jakimiś luźnymi pakunkami. Kompletna ciemność, słabe czołówki, morze oczywiście w odpływie więc biegniemy w zupełną nieznaną ciemność po mokrym świeżo opuszczonym przez ocean gruncie. Gdzie tam na fiordzie błyskają jakieś światełka. Łączność pomiędzy zainteresowanymi stronami zagęszcza się. Ktoś na statku mówi coś do Victora przez UKF, ten przez satelitę tłumaczy to Olafowi, Olaf wyjaśnia to z kolei Czubalowi który nam ostatecznie tłumaczy. Znacie zabawę w głuchy telefon? Popróbujcie ją jeszcze raz wykorzystując trzy języki. Zapraszam. Nagle Victor każe nam na jakimś mokrym pustkowiu ( czyli morzu którego chwilowo nie ma) rzucić nasze plecaki i wskazuje że mamy biec znów w kierunku lądu. Ale, ale! Nie dyskutować, biec! Ubiegliśmy jakieś 200 metrów od realnej plaży, znów mamy wrócić tam ale troszkę bliżej wzgórz. Niespecjalnie wiemy o co chodzi ale biegniemy. Nagle w ciemności wyłania się jeszcze jeden obywatel, to jakiś kolejny pracownik Don Alejandra. Okazuje się że nikt ze statku nie wyśle po nas łodzi. Mamy wziąść łódź Victora i wypłynąć na morze pod statek. Jest odpływ więc pchamy i ciągniemy te szalupę rybacką po jakiś kałużach i potoczkach, po jakimś małym ujściu rzeki w kierunku otwartego morza. Fatalnie ciężko, łódź jest pieruńsko ciężka, spływa z nas pot, wpadamy w głębsze zapadliny z wodą, a nic nie zbliżamy się do uciekającego odpływu. Minuty mijają, jak nie zdążymy to statek odpłynie! Wreszcie jest tyle wody że da się płynąć. Drugi koleś zostaje z łodzią, nas Victor znów gdzie prowadzi. Nie wiemy kompletnie gdzie bo straciliśmy już wyczucie. Okazuje się że do wioseł, kanistra z benzyną i silnika! Super nie będzie trzeba machać wiosłami. Próbuję złapać za silnik, ale V odpycha mnie i wsadza sobie silnik na ramię! 50 kurwa kilo! Wymiękam. Ręką macha niedbale – tam gdzieś macie swoje plecaki. Znów rozpaczliwy bieg, łapiemy rzeczy i próbujemy zlokalizować łódź. Super, jest. Ale odpływ znów odpłynął i znowu trzeba kilka metrów pociągnąć szalupę. Wreszcie odpychamy się i prychając silnik wyciąga nas w kierunku falującego morza. Jesteśmy kompletnie mokrzy, mamy być ciemni i nie zapalać nędznych czołówek. Tniemy więc w ciemności gdzieś wśród małych fal w przestrzeń niewiadomego. W końcu wyłapujemy światełka statku, to jakaś nędzna krypa – mówi Czubal. Dwa dni będziemy jechali do Aysen. Ale nic to, byle jechać. Światełka się zbliżają a Victor tnie wprost na nie, zapalamy więc czołówki, ktoś daje głos, krzyczymy – skręcaj. Victor się śmieje. Mówię że skaczę na lewo – a wy róbcie co chcecie! Wreszcie jakoś zbaczamy i od lewej bierzemy statek, albo on nas. Ale nie jest to krypa. To jakiś ścigacz! Super sylwetka i na pokładzie kilku marynarzy w konkretnych uniformach, czapkach, kamizelkach etc. Navy? Kurde wojsko! Victor mało nas nie zwodował bo podpłynął pod jakiś wypływ wody, łódka dostała potężny strzał, ale wytrzymała. W końcu łapią nas z tyłu, wciągają bagaże i po kolei nas. Żegnamy Panów i Pa Pa. Marynarze patrzą na nas jak na dziwolągi, my nawzajem, układamy bagaże – wskazują nam jakieś drzwi, ale jak chcemy wejść każą jeszcze ściagnąć kalosze. Leje się z nas jak z prysznica. W ostatniej chwili przerzucam rzeczy w swym plecaku i dokonuję zmiany. Chłopaki jakoś nie ogarniają i Andrzej zostaje na bosaka a Kaz w skarpetach. Wchodzimy głębiej a tu szok, luksusowy pokład kapitański, skórzane fotele, Klima, sekcja sterownicza rodem z kosmicznego pojazdu, mnóstwo młodzieży z laptopami, na ekranach lecą jakieś filmy! Przód się podnosi i zaczynamy po prostu zapierdalać! Wciska nas w fotele. Po dłuższej chwili zaznajamiamy się z pokładem, dają nam kawę, wycieramy cieknąca wodę i zaglądamy przez ramion na pulpity sterownicze … Momentami do 50 km na godzinę. …To nie Navy, ale jakaś ekstremalnie luksusowa łódź wioząca pasażerów! Siedzimy i podziwiamy, wszyscy nas oglądają i też podziwiają. Jeden z marynarzy zachodzi nas od tyłu i wypuszcza kilka spustów odświeżającego dezodorantu. Nie można psuć atmosfery na lodzi … Czysty szok i przeskok cywilizacyjny. Z Rio Hummules było ok. 120 km do Aisen. W tę stronę zajęlo nam to ok. 13 h. Okazało się że dojechaliśmy do Puerto Chacabuco w 3 godziny … To był przeskok. Rio Hummules, potem jak w Kanadzie, potem u Pani w szopie z ciastkami, wreszcie „statek kosmiczny”. A więc to prawda że jesteśmy w 21 wieku. Na końcu podróży pytam kapitana ile jesteśmy winni. Uśmiecha się i mówi „ Nothing – Good By”. Szok, kolejny szok. Dziękujemy i spuszczamy się na ląd. Wyglądamy dość komicznie z beczką, co tu robić? 1-sza w nocy, małe 5- cio tysięczne miasteczko i wszędzie kręci się policja. Stukamy do pierwszego hostelu, nikt nie otwiera, drugi też daje odpór. Powoli kierujemy się za miasto, czeka nas przydrożny kibel. Nagle jakiś bolid mruga światełkami. Olaf. Nie wierzę. Nie wierzę. Jednak przyjechał.

a więc chyba się udało?


A tak wygląda nasza trasa na podkładzie rodem z Google. Numerki oznaczają kolejne ciekawe dla nas miejsca. Są one opisane w legendzie zamieszczonej poniżej.

przebieg zdarzeń


Legenda trasy:
1. Puerto Bonito - nasz start, nie kajakami ale łodzią motorową.
2. Rio HUmmules - ujście rzeki do morza, posiadłość Don Alejandro. Stąd rozpoczynamy nasz etap pieszy. Tu także kończymy naszą wędrówkę.
3. Pierwszy biwak.
4. Drugi biwak.
5. Trzeci biwak.
6. Docieramy pod czoło lodowca i chylimy własne czoła.
7. Czwarty biwak.
8. Piąty biwak.
9. Szósty biwak.
10. Siódmy biwak.
11. Ósmy biwak.
12. Dziewiąty biwak.
13. Dziesiąty biwak.
14. I jeszcze niecałe 2 km w głąb morza i już wchodzimy na pokład pojazdu rodem z kosmosu.