DOTKNĄĆ NIEZNANEGO'2009!



Nasza mała wyprawa eksploracyjna odbyła się w dniach 6 kwietnia do 20 maja 2009 roku. Rozpoczeliśmy ją zanęceni pomysłem Olafa Wundricha – starego znajomego z kursów i akcji jaskiniowych jeszcze z lat osiemdziesiątych w Polsce.
Celem wyprawy było odnalezienie i udokumentowanie jaskini Cueva Infernal , legendarnej jaskini znanej z literatury XIX wieku znajdującej się na terenie południowo – zachodniego Chile na wybrzeżu Oceanu Spokojnego. Jaskinia miała znajdować się na terenie, do którego od dziesięcioleci praktycznie nie zaglądali ludzie. Powodowane było to wysoce ekstremalnym klimatem – stałymi opadami deszczu i niską temperaturą oraz przede wszystkim trudnościami terenowymi – permamentną dżunglą.
Chile a w szczególności jego południowe regiony, jest jednym z najciekawszych miejsc na świecie gdzie procesy krasowe – czyli geologiczne działania powodujące powstawanie jaskiń są najbardziej intensywne na naszej planecie! Jeśli 1 mm nacieku wapiennego generalnie tworzy się przez kilka tysięcy lat, tam zajmuje to ledwie kilkaset !!!
Taki region w naturalny sposób zafascynował naszą wyobraźnie. Ta podróż w interesującym nas rejonie, miała wieść w konsekwencji także aktywnie w przeszłość, czekać tam miały na nas archeologiczne zagadki sięgające czasów neolitycznych ale także zdecydowanie bliższych nam i bliższych nauce – czasów Darwina i Humboldta!
Głównym terenem działania był półwysep de Taitao znajdujący się w południowej części kraju. Podstawowym celem wyprawy było trawersowanie półwyspu i poszukiwanie Cueva Infernal.
Tereny te zostały odkryte dla świadomości świata podobnież przez ekipę następcy Magellana - Jofre de Loaisa w szesnastym wieku, w 1526 roku. Wtedy to mianowicie na skalistych wybrzeżach rozbił się jeden ze statków ekipy, San Lenes. Ocaleli rozbitkowie spędzili ponoć dość dużo czasu w owej jaskini, której rozmiary sali wejściowej miały stawiać na jednym z czołowych miejsc światowego rankingu.
Notabene inne głosy mówią że ów wrak leży na rafach atolu znajdującego się kilka tysięcy kilometrów od półwyspu! Mieliśmy to sprawdzić!
Jaskinia prawdopodobnie nie była odwiedzana od kilku stuleci, jej ponowne odkrycie mogło być bardzo istotnym wydarzeniem dla speleologii, archeologii i wreszcie alpinizmu jaskiniowego.
Teren naszej głównej działalności znajdował się w XI Regionie Chile, na południowy zachód od głównej miejscowości regionu Coyhaique.
Krótkie kalendarium wyprawy przedstawia się następująco.
06.04 – wylot z Warszawy; lecimy z przesiadkami w Monachium, Madrycie
07.04 – międzylądowanie w Santiago, potem w Porto Montee i wreszcie długo wysiedziana Balmaceda. Tutaj czeka na nas Olaf i wiezie nas do swej wiejskiej posiadłości – składającej się z blaszaka i hektara gołej ziemi ... Witamy się z Jammie – jego żoną i Maxem – jego synem. Omawiamy wstępnie plany i na noc lądujemy w Coyhaique w ponurym hostelu bez okna ...
08.04 –11.04 – załatwianie pozostałych pozwoleń, pakowanie i testowanie sprzętu, ostatnie zakupy oraz wycieczka wokół miasta. Jest piękna, słoneczna, wietrzna jesień.
11.04 – wyjazd pickupem Olafa z wieeeeelką przyczepą do Puerto Aysen. Tam ładujemy wszystko na stateczek rybacko transportowy i wcale nie wyjeżdżamy ... Zwiedzamy miasteczko gdzie wszędzie wiszą znaki informujące w którą stronę uciekać gdy przychodzi tsunami ... Zwiedzamy też cmentarz ...
12.04 – urodziny Czubala – jest tort! Jedziemy na wycieczkę samochodową. Zwiedzamy Lago des Condores i docieramy nowobudowaną drogą do Rio Riosco ( jeszcze nie wiemy że kiedyś będzie te miejsce naszym celem ...)
13.04 – wreszcie nastał start. Wypływamy fiordem którego wielkość zmienia się jak w kalejdoskopie od 2 km szerokości do kilkunastu. Głębokość do 500 m ...Po 13 h pływania docieramy do Puerto Bonito, uroczej małej zatoczki gdzie ocean nam nie grozi i nikogo oraz niczego nie ma. Oj, przepraszam. Kiedyś była tu mała wioska, teraz mieszkają tylko dwaj młodzi drwale.
14.04 – przygotowujemy pontony, silniki i ładujemy wszystko na wodę. Na pontonach nie ma prawie miejsca. Dobrze że nie palimy bo mamy ze sobą około 500 litrów benzyny ... Łącznie mamy tonę sprzętu, paliwa, żarcia etc ...Koło 14 tej wskakujemy na pontony, jeszcze trochę rzeczy zostawiamy w depozycie u chłopaków i startujemy! Koło 15 tej mijamy ostatnich rybaków a potem już nie będziemy widzieli żadnych ludzi. Temperatura koło 10 stopni, fala nieduża, wpływamy w boczne fiordy. Koło 18 tej gwałtownie znajdujemy miejsce na nocleg bo robi się ciemno. Pierwszy nocleg na prawdziwej części wyprawy. Wokół pluszczą się delfiny i foki, woda odpływa, gwiazdy świecą, pierwsze ognisko ( jedno z trzech na wyprawie ...), nie pada!
15.04 – Tego dnia wpływamy na rzekę Rio Exploradores, opuszczamy więc ocean. Na połączeniu duże fale. Nie wpływamy daleko bo drogę grodzi wodospad. Przenosimy wszystko wąską ścieżyną w dżungli. 4 godziny przenoski tony sprzętu ... Wpływamy na rzekę powyżej i kiedy dochodzimy do zwężenia, prąd robi się ostry i ciemno. Nocleg na bagnie.
16.04 – Dzisiaj mamy do pokonania jakieś rapidy. Ponton Tomka dzielony z Olafem ma silnik 40KM, Czubala i Zajdziego ma 25KM. Ponoć luzy. Po pół godzinie tracimy z oczu kolegów, mamy spore problemy to z kamieniami, to z płycizną, to z rapidami. Jest ciężko i niebezpiecznie, nasz silnik ledwo toleruje prąd wody. Wreszcie w którymś momencie zrzuca nas na jakiś kamień, podnosi i rzuca w dżunglę brzegu. Ledwo, ledwo ... Straciliśmy śrubę! Po konsultacji radiem okazuje się że nasza druga ekipa wyskoczyła z rzeki i wpłynęła już na jezioro Lago Presidente Rios. Olaf chce wracać, mi skacze gul. Tłumaczy że ciężko, że się nie da. Okazuje się że mamy tylko jedną zapasową śrubę! Szczęśliwie do naszego silnika. Ale tylko jedną! Po naprawie i dalszych rozmowach ruszamy jednak dalej. Dla nas przeprawa rzeką trwała jeszcze około godziny. Gdy płyneliśmy tuż przy brzegu łapałem się gałęzi aby nas prąd nie zrzucił w dół ... Oczywiście już leje non stop. Nocleg w dżungli.
17.04 – Tego dnia docieramy do końca jeziora. Jest to trzecie co do wielkości jezioro w Chile, przypominające kleksa z wieloma ramionami. Płyniemy ponad 60 km ... Jednym z ramion ... Końcówka w wielkich falach i potężnej ulewie. Ledwo, ledwo ... Osiągamy miejsce zakładanego w planach obozu i rozbijamy się. Olaf robi sobie hamak w oddali, nie je i nie rozmawia z nami ... Po moich próbach docieknięcia o co chodzi, mówi że rano chce poważnie rozmawiać z Andrzejem ...
18.04 – Okazało się że Olaf miał pretensję do Andrzeja o sposób poruszania się pontonem po wodzie ... Tego dnia zrobiliśmy rekonesans na okoliczne wzgórza, nawet łatwo udało nam się przerwać przez strefę dżungli i wyszliśmy na skalne czubki. Stąd oceniliśmy potencjalne drogi i szanse pójścia dalej. Widzimy je gdybyśmy zaczeli z zupełnego końca jeziora. Byliśmy sami Olaf nie chciał z nami pójść.
19.04 – przenosimy biwak na końcówkę jeziora, robimy kolejny rekonesans, znów bez Olafa ... Niestety po 800 metrach w poziomie dżungla nas pokonuje i nie wychodzimy na oczekiwane łąki ...
20.04 – kolejna walka w dżungli, tym razem tylko Tomek i Andrzej. Powrót po jakiś 7 h i 500 m wyciętej dżungli ... Niestety bez szans ...
21.04 – przejazd 2 km na kolejne miejsce biwakowe. Nasz plan jest taki że docieramy do widocznych łąk i nimi na szczyty, a nimi wędrujemy prawie do końca i zostaje wtedy tylko jakieś 900 m do plaży – ale dżunglą ... W linii prostej do potencjalnego umiejscowienia jaskini około 28 km. Scysje kolejne przy budowaniu obozu. Tomek idzie na rekonesans sam – potwierdza możliwość ominięcia dżungli i dotarcia do traw.
22.04 – 26.04 – jeden rekonesans polskiej trójki, jeden rekonesans Andrzeja i Tomka – docieramy na 23 km do celu w linii prostej. Pogoda jest kompletną zlewą, nasze wypady w trakcie przejaśnień ... Plan Olafa przewiduje przenoszenie w sposób fazowy naszego dobytku wraz z kajakami na których mielibyśmy płynąć końcówkę oceanem ... Kajaki są enerdoweskie, mają 40 lat, są koszmarnie wielkie, ciężkie, długie, niewygodne i do kitu. Sprzeciwiamy się temu planowi. Chcemy wziąść żarcie, spanie, sprzęt i po alpejsku podążyć szczytami i tyle. Olaf się temu sprzeciwia. Pat.
27.04 – Olaf otrzymuje informacje że zima tego roku zaczeła się wcześniej i musimy wracać. Wokół po ostatnich zadymach deszczowych wreszcie fajnie i prawie 15 stopni... Naciskamy na nasz plan, Olaf nie zgadza się na niego ze względów bezpieczeństwa. Jeśli chcemy to On zrzeka się dowództwa ( przyjętego podobnież przez niego dla potrzeb Marynarki Wojennej – rządzącej tutaj w Chile ), niech tylko zadzwonię do Navy i potwierdzę ten fakt. Zgadamy się i pytamy czy pójdzie z nami. Nie pójdzie. Pytamy czy będzie czekał. Będzie. Jeśli nas nie będzie ponad 7 dni to? Nie wie ... Nasza dyskusja wspólna określiła jasno że nie chcemy znaleźć się w sytuacji kiedy wrócimy z ciężkiej akcji a nie zastaniemy Olafa i pontonów. To by znaczyło jedno. Śmierć. Tutaj nie ma szans na jakąkolwiek akcje ratunkową. Ponoć nawet nie ma helikopterów. Jakoś w to nie wierzę, ale lepiej być bezpiecznym. A więc odwrót. Olaf płacze. Bez komentarza.
28.04 - 30.04 Powrót do Puerto Bonito. Jedyna godna sprawa to spływ pontonami motorowymi rzeką z tymi wielkimi rapidami. Było ostro i szybko. Ale udało się i to najważniejsze.
01.05 – 03.05 Biwakowanie w Puerto Bonito. Zaprzyjaźniamy się z młodymi drwalami i całymi nocami oglądamy na zużytym cd liczne filmy – zasilane z benzynowego agregatu ... Olaf proponuje na osłodę treking na ponoć fajny wulkan Hudson i potem przejście do owej rzeki Rio Riosco, gdzie już ongiś byliśmy. Tam odbierze na Jammie, a bagaże wrzucimy na statek na który wszak czekamy. Ok! Super pomysł.
03.05 – 13.05 Ruszamy na treking. Bez Olafa. Jednak Olaf stwierdził że nie może puścić sprzętu samego statkiem i musi tego dopilnować. A jak będzie w domu to przez telefon satelitarny będzie nam pomagał .... Historia hydrotrekingu w osobnym opracowaniu – bo tak naprawdę to clou wyprawy.
14.05 - 15.05 Rejestrujemy się w nędznym hostelu w Coyhaique i przez dwa dni doprowadzamy do siebie i rozliczamy z kasy i sprzetu.
16.05 – Wycieczka samochodowa wokół masywu Cerro Castilio. Oglądamy też największe jezioro w Chile. W trakcie łapie nas porządna zima i walczymy z lodem i śniegiem. A nasze wynajęte Terrrano ma napęd tylko na dwa koła ...
17.05 – Wycieczka samochodowa do parku Narodowego Coyhaique gdzie zakopujemy się na upojne 2 godziny w śniegu i błocie oraz następnie w okolice Los Lagos.
18.05 Żegnamy się z Chile, Olafem, Jammie etc
19.05 wylot powrotny z Balmacedy
20.05 – powrót do Warszawy