V Przygodowy Rajd Orła Bielika'2005

Po chwili rekonwalescencji po zimowym bergsonie, chciałem bardzo uczestniczyć w kolejnych przedsięwzięciach przygodowych w Polsce.
Niestety perypetie osobiste i naprawa zdrowia nieco plany te zmodyfikowało.
Dopiero kiedy Wiesiu Rusak przekazał publiczności rajdowej w Polsce że Bielik jednak się odbędzie i kiedy okazało się że termin jest całkiem, całkiem... zapaliłem się ...
Treningi ruszyły pełną parą. Wszystko byłoby dobrze tylko nie miałem jeszcze partnera. Tym razem sprawa była krótka. Rozmowa z Wojtkiem Wasilewskim i wkrótce nieco wspólnych treningów.
Przed nami rysowała się świetlana przyszłość, już byliśmy w aurze medali, już widzieliśmy się na podium...
Niestety, brak czasu nie powodował zgrania wspólnych treningów. Także w ich trakcie zapomnieliśmy o pewnych elementach które należało sobie przypomnieć, a nade wszystko przetrenować...
Mowa, mową > ale w końcu pojawiliśmy się w Marinie Karsibór. Sprzęt gotowy, my gotowi, duch gotowy. Kilka słów z Wiesławem, wysłuchanie przemowy technicznej i uroczystej.
Świetlna raca ruszyła w niebo. My zaś na start. Zaczeło się, w kilka sekund śmialiśmy się z osób które pobiegły w ewidentnie inną stronę niż należało. Lecz było to chyba ostatni śmiech ... No nie licząc nerwowego śmiechu zgubionego uczestnika rajdu....
Ruszyliśmy we właściwym kierunku, pierwszy nakazany punkt zdobyliśmy praktycznie razem ze wszystkimi. Niestety drugi obrany kierunek okazał się błędny. Zanim zjarzyliśmy wszystkie atrybuty i zaczeliśmy współdziałać przeciekło nam przez palce ze 40 minut.
Ograneliśmy się i ruszyliśmy, kolejny, kolejny i kolejny punkt. Szło dobrze. Aż do trzcin. Tam wszystko siadło, w większej grupie przeczesywalismy chaszcze, ale nie specjalnie to coś dawało. Wszystkie tropy szły we wszystkie kierunki, tak więc nie było dobrze. Wreszcie heroicznym wysiłkiem odkryłem punkt, ale ponad godzina poszła w plecy.
Zebraliśmy się i jakoś udało nam się właściwie podziałać. Do czasu. Do czasu niestety. Kolejny interesujący nas punkt miał być w okolicy mostku na małej rzeczce. Idziemy, liczymy, mierzymy, biegniemy i nie ma !!! No to może po prostu na wał? Tam będziemy nad wodą, do mostku dojdziemy! Męka Pańska mineła > jesteśmy na wale. Mostku naturalnie nie ma. A co to za kościół po lewej, a te wzgórza po prawej? Pojawiają się pytania. Mija godzina, kolejna i ... Wiemy już że nie skończymy w czasie pierwszego etapu. Ba, nawet wiemy już że mostek przeszliśmy i spacerujemy wokół wyspy, na którą raczej nie powinniśmy wchodzić. Kaszana. Zniechęcenie. Telefon do Rusaka. Ten nakazuje działać. Zbieramy siły, spinamy się, odnajdujemy most, kolejny punkt i zbiegamy na SZ. Niestety nie ma już szans na 3-4 punkty które nam uciekły. Trudno.
Decydujemy się uczestniczyć choćby przez kilka km treningowo i przyjemnościowo, skoro Wiesiu pozwolił. Rowerem na miejsce KS > rolek. Tutaj coś nas napada i szalejemy. Mamy 30 minut i 10 sekund przejazdu. Najlepszy czas! Nie jesteśmy tacy do niczego!
Ruszamy na kolejny etap na orientację > tym razem po przybrzeżnych fortyfikacjach. Wybieramy 3/4 punktów które nas interesują i dość sprawnie je wyłapujemy. Oczywiście nie stosujemy się już do wszystkich rajdowych zasad, między innymi bardziej wysunięte punkty osiągamy w pojedynkę.
Znów na rowery i już asfaltem a nie rzęchami w kierunku Międzyzdroi. Niestety długo się główną nie da jechać. Zmieniamy więc trasę na leśną, ale broń Boże nie na plazówą > jak wiedzie rajd.
W stolicy blichtru morskiego oglądamy z zaciekawieniem kłębiący się tłum i konkurencje na molo. Czas odpocząć, sklep i kilka piw. Kierunek cmenatrz - tam zażywamy dłuższego odpoczynku.
W sumie mieliśmy już wracać do domu, ale. Zaproponowałem abyśmy zakosztowali odcinka specjalnego na rowerkach. W lesie ciemno, trudno i ciekawie. Super. Ale się znudziło, my znów na asfalt i podążamy dalej. Znów coś nas tknęło! Na kolejnym PK > był nasz przepak a na nim zupa i makaron!!!! Decyzja jest krótka > pedałujemy dalej.
Tuż przed SZ na Wolinie, odwiedzamy sklep i zakupujemy piwko. Tu się prześpimy a rano wrócimy. Jest SZ > super!!! Zupa, makaron, piwo, piwo, piwo. Owijamy się w srebne płachty i .... Wojciech z przepastnej kieszeni wyciąga mały flakonik!!! A więc do snu jeszcze kilka minut!
Śnimy niecałe 3 h. Trochę zdegustowany zastanawiam się głośno którędy wracać. Wojtek tylko dziwnie patrzy i mówi co byśmy pojechali na kolejną SZ - tam mamy nasze kolejne zabawki - a w nich nieco dobra... Dobra, to dobra....
Jedziemy ponownie trasą rajdu, kolejne punty. Na strefie zmian okazuje się że rajd został skrócony, trasa rowerowa obcięta a kolejny etap na orientację wypruty z kilku punkcików.
Ja napalony chcę chociaż kilka punktów zwiedzić, WW odmawia. A więc ja na piechotkę a On na rowerze skacze trochę się przejechać. Po jednym punkcie > notabene najbliższym odechciewa mi się. Wracam, wzywam Wojtka. Jedziemy dalej, ale jednak w drugą stronę > nad morze. Zaczyna się robić ciepło, zwiedzamy sklepy i bary > poimy się beerem.
Po 2 godzinkach wracamy na trasę i dalej nią już poruszamy się w kierunku mety. Znów Międzyzdroje, tutaj za miastem robimy godzinną sjestę na plaży, połączoną z pływaniem i posiłkiem płynnym....
Dalsza droga to tylko formalność. Zjawiamy się na mecie. Nawet dla nas uruchomiono trąbkę. Super.
Reasumując: daliśmy strasznie ciała na pierwszym etapie i przekreśliliśmy jakiekolwiek szanse na ukończenie i może na jakieś miejsce. Pobawiłem się oczywiście na bazie naszych notatek o symulację. Wg. niej bylibyśmy na jakimś 8-9 miejscu. Jak na nas super. Ale co tu dużo mówić. Nie zrobiłeś, błędy popełniłeś. Nie liczy się i tyle!
Niezależnie od tego doskonała szkoła i nabycie przekonania że taki dystans nie stanowi jakiegokolwiek problemu. Trzeba tylko się bardziej skupić. Trzeba tę naukę wykorzystać.