HARPAGAN'30 - MIEJSCE 13


"Pechowa 13-tka" ... Na pewno ?

Pierwszy raz Harpagana przegrałem na półmetku, następnego zaś aż na 3 PK... Buty, stopy, ludzie, orientacja a raczej jej brak, przygotowanie itp. Potrenowałem solidnie, powalczyłem na różnych frontach, zaciąłem się w sobie. Wystartowałem w "Nocnej Masakrze'04". Fantastyczna pogoda i pozytywne nastawienie zrobiło swoje, udało się przejść trasę - choć nie ukrywam że czas nie był zbyt atrakcyjny bo ponad 22 h, a poza tym przejście okupiłem tygodniową rekonwalescencją. Potem był "Zimowy Wolin'05" i udane przejście 125 km. Niestety czasu na setce, nie poprawiłem. Prawie wyjeżdżałem już na wiosenny Harpagan'05, przygotowany i zmotywowany. Niestety los skierował mnie na chwilę do szpitala. I nici z planów. Tak więc pozostała jesień. Czas było rozprawić się z mitem Harpia.
Więc 14 go października pojawiłem się w Rytlu. Wokół tłumy zawodników, w tym wiele sław i potencjalnych zwycięzców. Dużo organizatorów różnych ekstremalnych imprez. Szykowała się więc wspaniała impreza i niezła rywalizacja. Zapowiadano pogodę niezbyt dobrą ale może to byłby pozytywny element do działania. Jednak na miejscu okazało się że może być widna i jasna noc i może jednak nie będzie padało. W wyznaczonym polu między Kanałem Brdy a Brdą stawiło się 477 uczestników trasy pieszej i 30 "nowinki" > trasy mieszanej.
Mój plan był prosty, postanowiłem wystartować spokojnie, do 2 -3 punktu być w większej grupie, a potem zacząć biec. Biec mniej więcej do połówki trasy. A potem byle dojść. Jeśli będę już wiedział że dojdę, to w zależności od uzyskanego czasu podejmę decyzje o ew. słabszym lub silniejszym napieraniu. Rzeczywistość okazała się kompletnie inna !
Parę zdjęć dla rodziny, rozdanie map, krótki rzut oka gdzie jest pierwszy punkt i ... Nie wiem jak to się stało, ale na znak startu nagle znalazłem się w pierwszej grupie biegnących gdzieś w przód !!! Chwila zastanowienia i jak tak, to tak. Pociągnijmy. Po mniej więcej kilometrze okazało się że top czołówka jest poza zasięgiem, nie będę za nią zdzierał butów. Do tyłu też mnie nie ciągneło, tak więc pozostałem jakieś 300-400 m za szpicą. Wkrótce PK 1 - jak to dziwne że tu pusto! W spokoju i nienerwowo kasuję kartę. Inaczej niż poprzednio - gdy czekałem nawet po 15 minut na odcisk! Ruszam za kilkoma osobami rwącymi do przodu, nie ma chyba specjalnego zresztą wyboru. Przede mną sprawnie przegrupowują się uczestnicy Selekcji - padają hasła i szyfry. Jak oni to pamiętają ! Jezu jak szybko się oddalają! Rzut oka na mapę, troszkę kieruje się w lewo aby drogą w lesie poruszać się dalej, przypuszczam że będzie strawniejsza. Zgadza się. Długa prosta i na jej końcu patrząc w tył widzę szeregi sunących czołówek. A więc jednak Ktoś idzie ! Analizuje mapę ( nie ukrywam że wziąłem sobie także wersje kolorową i to dobrze ), jedną i drugą. Wydaje się że dojście do dwójki nie będzie zbyt trudne. A więc bieg, trucht, chwila marszu i bieg, trucht i marsz. I tak dalej.
Przebiegam przez asfaltową jezdnie, trochę mijam jakieś osoby, trochę z kimś gadam. Część osób ciągnie bardziej w lewo, część w prawo, a ja nagle mam problemy. Patrzę w mapę, jak tępy i tracę wątek. Nie wiem co się dzieje. Skandal! Nagle z tyłu dobiega Hubert Puka. Razem chwilę dywagujemy, ustalamy gdzie się kierować, z boku dobiega jakaś parka i wyprzedza nas. Wydaje się że wiedzą co robią. Analizujemy ich i wszystko się zgadza. Dobiegamy na dwójkę i tutaj cała grupa i za nią Hubert wbiegają jakoś do lasu. Zastanawia mnie to i postanawiam raczej skierować się do najbliższej dróżki. Jest całkiem miła i obszerna, jednak tylko na najbliższe 100 metrów ... Potem traci się. Ja nie, jestem uparty. Ale tylko na 200 metrów, wtedy nawet ja wątpię. Kieruje się na północ, po trzystu metrach jestem na głównej drodze. Z tyłu jakieś czołówki, z przodu przestrzeń. Ruszam biegiem, czas nadrobić głupoty. Przypominam sobie że trójka jest jakoś zmieniona, lukam na mapkę i jarze. Nie będzie problemu. Idę i biegnę na zmianę, cały czas sam. Zastanawiam się czy jestem w ogóle na Harpaganie. Gdzie te setki osób, setki czołówek, wreszcie setki zombi zrezygnowanych i ciągnących do mety, w bólu i smutku... Jestem sam i tylko dalekie szczekanie psów daje znać że gdzieś tam są jacyś zawodnicy.
Mija mnie trójka szybkobiegaczy, więc wracam z transu. Nie jestem sam! Znowu mała wieś, duża droga i prosta w kierunku PK3. Dobrze jednak że mam kolorówkę, bo tutaj nie jest wcale jasno! Kojarzę obydwie mapy i mijając ekipę docieram do trójki. Teraz zdecydowany kierunek na południe, przez kilka wsi. Upierdliwe psy nie dają spokoju. Strasznie cierpię przez nie! Nie cierpię ujadania kundli! Znowu dociąga mnie minięta już trójca, wkrótce dochodzimy do miejsca decyzji. Wioska Rzepichna - czy coś takiego. Trójca ciągnie w lewo, namawia mnie, zaś ja mam wątpliwości. Jednak kieruje się za nimi, w końcu jak tak ładnie proszą! W sekundę gdzieś znikają, drogi brak, wszystko mi nie pasuje! Skandal! Z przodu jakieś zabudowania, jasno oświetlone, kręcą się kolesie i coś mantykują. Wyciągają reflektora i mnie namierzają na polanie. " Co tu szczylu szukasz" - bełkocą... Sprawnie kieruje się w las, gaszę mą nikła czołówkę aby zaniknąć w mroku. Aby mnie nie dorwali! Opary alkoholu szczęśliwie nie pozwalają im mnie ścigać!
W sumie tracę z 20 minut, zanim się namierzę, ustawię, uspokoje itd. Kurcze, kurcze, kur .... . Prosta droga w lesie ( tradycyjnie ) i kieruje się na płonącą łunę. Jest PK 4. Tutaj nagle dowiaduje się że jestem na 23 pozycji! Jak dla mnie szok. Myślałem że dalej. Ekstra, ekstra. Pierwsza kanapeczka, banan, mały marsik. Bieg, szczególnie że prosto i miło, a wkrótce i asfalt. Przede mną 5-ka, a więc pewnie ta zmiana tak jak na trójce > sto metrów i po krzyku. Biegiem, biegiem do wsi Biała, tam się zastanowię gdzie dalej. Kilkanaście minut i w opłotkach odkrywam straszną prawdę !!! Ta cholerna piątka, została za mną, miałem skręcić wcześniej!!! ZASMUCONY I W ŻYWEJ DEPRESJI ciągnę wstecz. Widzę już czołówki, mijają mnie znajome światełka, zasmucony chylę oczy, ale i tak chyba mnie poznają. Wstyd, wielki smutny wstyd. Znowu prosta, ale na bieg jakoś się nie zbiera, bo dość piaszczysto i smutno. Punkt, wbijam, zżymam się i oddalam. Ciągnę jak bąk, ale znowu mnie mija jakaś grupka. We wspaniałej znanej już mi wiosce opracowuje plan na kolejny PK - na Fojutowo. Postanawiam poruszać się szlakiem i daję, daję, daję. Zdecydowanie nie widzę tu ani wstecz ani w przód nikogo. Przekraczam asfaltówkę i dalej poruszam się szlakiem. Z tego co wiem to niedługo będzie on wstecz się zwracał. Tam trzeba coś skombinować żeby skrócić. Docieram do zawrotki, chwila dywagacji i wreszcie właściwa strona świata. Wybrana droga, zmienia się w ścieżkę, potem w zagon, wreszcie dochodzę do jakiegoś strumienia, chyba tu powinien być ... Hm. Cofam się, za kilka minut wchodzę w jakąś bramę. Hm. Nie cierpię ładować się w czyjeś, cofam się i nie wiem co robić, nawrotka czy strumień? Strumień, zdecydowanie strumień. Idę przy nim, ale cóż to za kierunek? Nie pozostaje mi nic innego jak go przekroczyć. A więc, nawet skutecznie, nie moczę się ( nawet w gatkach ...) Jedynie ciężka walka na wyjściu ze zbocza, gdzie toczę nierówną walkę z potężnym jałowcem. Fuck. 10 kroków i jestem na szlaku, 10 kolejnych i szlak kieruje się na północ, stąd do Fojutowa, do szóstki już niedaleko.
Na punkcie ściągam wraz z grupką chętną na trasę mieszaną. Oni ruszają po północnej stronie kanału Brdy, ja po południowej. Migają mi ich światełka co pewien czas. Uspokojony wpycham marsa, jabłuszko itp. W ciszy przesuwam się na zachód. Nagle potężne chlupnięcie powoduje mój półmetrowy wyskok. Z wody nic nie wychodzi! Zombi szczęśliwie są gdzie indziej! Z grupą z drugiego brzegu stykamy się na parkingu. W szaleństwie, chcąc się popisać penetruje odboczki choć powinienem widzieć tę właściwą. I tak za chwilę musimy iść razem. Grzesiek nabija się ze mnie, stajemy na małym rozstaju, pewnie ciągnę w lewo. Inni nie. Śmieje się z nich w duchu, ale do czasu. Chyba nie miałem racji. W szaleństwie znajduje się w Zapędowie. Okazuje się że kolorówka nie jest wszystkim, niektóre elementy są lepsze na xero. Porównywać, porównywać, non stop. Trudna rada, trza naprawiać. Ciągnę polami, niestety przez 300 metrów nawet dosłownie. Trza naprawiać. Nogi mokre, stopy wilgotne, piach je zlepia, jest cudownie.
Wreszcie droga, orientuje z mapą, jest git. Brda, 2 zakręty, z tyłu słyszę jakieś głosy, lecz oddalam się żwawo. Wg. mapy problemu nie ma, 100 m od skrzyżowania i w lewo. Idę 100, 200, 300. Stoję oszołomiony, nie wiem co zrobić. Cofam się wolno, patrząc za każdy krzaczek. Nie ma! Znów skrzyżowanie z którego startowałem. Co robić? Kręcę się nerwowo. Już widzę że ekipa mnie dochodzi, nie patrząc mijają mnie obojętnie. Czuje się zażenowany. Mówię że problem mam ze wzrokiem, może Oni wypatrzą. Prowadzący coś mówi o 300 m. Jak to - miało być 100! W grupie jest Grzesiek Łuczko - znamy się z kilku imprez, pogadujemy i trochę wspólnie podajemy. Ja mam jednak nieco mniejsze tempo. Ciągnę za nimi, dochodzimy do kluczowego skrętu, chłopcy raźno skręcają weń. Idę za nimi ale coś mi zdecydowanie nie pasuje, a przede wszystkim kierunek. Grzesiek o dziwo coś marudzi z tyłu. Krzyczy czy na pewno to tędy! Na pewno nie! Wołamy w przód, ale nas nie słyszą. Cofamy się i kilka metrów za rozstajem wchodzimy we właściwą drogę. Po 15 minutach jesteśmy na punkcie - PK7. Tu okazuje się że jesteśmy na około 30 -tej pozycji! Jak to! Jak do tego doszło? Pewnie Ci Mieszańcy! Po zwrocie kierujemy się do Rytla, dołącza do nas Grzesiek Witkowski którego koledzy coś zwlekają. Teraz tradycyjna prosta droga do bazy.
Zastanawiamy się czy będzie jasno jak wyjdziemy na następną pętle, czy też brać czołówkę? Zaczynam odczuwać dziwne wrażenia w prawym kolanie. Co jest? A pomińmy to. Jest wreszcie baza, z Grześkiem Ł. umawiamy się na góra 10 minut przepaku i tyle. Docieram do przechowalni bagażu i odbieram swój pakunek. Śpieszę się, wysypuje wszystko z plecaczka, wszystko z torby. Jestem jakiś roztrzęsiony, jakoś niezbornie się to dzieje. A poza tym wolno. Grzesiek przechodzi i pyta czy już. Mówię mu - idź ja muszę jeszcze.... Śpieszę się, wlewam przygotowanego isostara do camelbaka, niestety wylewa mi się z 1,5 litra i zalewa spodnie, polar, zalewa wszystko ....
Kurwa, kurwa, kurwa. Nie mam siły klnąć. Zdejmuję nachy, zmieniam polar na szmaty > wycieram podłogę bo wstyd. Spożywam kanapkę, popijam herbę z termosa. Otrząsam się > co ja tu robię. Wstaje gwałtownie i teraz wylewam płyn z termosa. Wkurzony wsypuję wszystko bez ładu i składu do torby. Oddaję do przechowalni. Numerek proszę - słyszę. Fuck - właśnie wy... Dam Ci inny - słyszę. Dzięki ! Odbieram mapkę, odfajkowuję i wybiegam na dwór. Prawie jasno, świeże powietrze stawia na nogi. Przysięgam sobie. O błędów. Jeszcze 100 metrów w kierunku drogi i uświadamiam sobie że niespecjalnie udaję się we właściwym kierunku. Nic to. Nie będę się cofał. Przejdę przez zabudowania. Pierwsze - nie da się. Drugie też. Trzecie tożsame. Nic nie jest w stanie przekazać mojej wściekłości. Na najprostszym odcinku tracę 10 minut. Wszystko na ten temat.
Wreszcie zbieram się do właściwej drogi. Podążam. Zaczynają śmigać rowerzyści. Z przeciwnej widzę pieszego z czołówką ciągnącego w nie tę stronę? Jak to? To Michał, niestety kontuzja nie pozwoliła iść dalej. Wymieniamy parę słów. Życzymy ok. i udajemy się w przeciwne.
To dziwne, ale xero górnej części jest lepsze od dolnej. Na dodatek przygotowana przeze mnie kolorowa górka nie obejmuje ponad połowy obszaru. A więc do dzieła. Black and White. Ledwo wszedłem w zabudowania Błot - pojawiła się parka rowerzystów - Kolego, wiesz gdzie jesteś? Zainteresowany spojrzałem na mapę. Czyżbym czegoś nie wiedział. Zapytałem - a Wy? - Wiemy, już wiemy - na domku jest napis Błota! Do 9 - tki nie było problemów, rozglądałem się tylko aby nie być rozjechanym przez kolarzy. Na punkcie dowiedziałem się że jestem 16 -ty!!!!
Teraz zaczyna się prawdziwa harówka. Niespecjalnie mogę już biec. Tylko letko truchcę. Ale systematycznie obiecuje sobie że jak minę 13-tkę to dam czadu. Teraz aby nie spuścić się z pozycji ( nawet o takiej nie marzyłem ) i dojść, dobiec, nie - nie - nie dojść .... Do 10-tki sam. Bez dyskusji. Do 11- tki prawie sam, mijam jedną osobę. Tu dowiaduje się że jestem 12 -ty !! A przede mną widzę snującą się ledwo ledwo parkę ( na horyzoncie ). A więc jeszcze do przodu! Chwilę za punktem witam się z Wiesiem Rusakiem ujeżdżającym swego stalowego rumaka, kilka chwil potem macham Pawłowi Fąferkowi. Ach Ci Mieszańcy!!!
Przekroczona droga asfaltowa i wesoło - smutne 2 km prostego tradycyjnego duktu do HarpKładki. Też zastanawiam się nad tym jak cudowną oazą musi być Ona... Oj! Już wiem. Niechwaszcz, łąka, piach, piach, piach - skandaliczny - myślałem że tylko ja mogę taki wymyśleć ... Na końcu piachów kłania się wreszcie Zamość i aktualizacja mapy. Przez zagajnik kilka kroków i widzę 12-tkę. Kolano mocno mnie już napiera. Postanawiam na punkcie poprosić o p-ból. Widzę punkt, ok., tylko jak? Jak tam dojść? Nie ukrywam że była to prawdziwa granica Kultur - zgodnie z opisem punktu ... Tak blisko a tak daleko. Po punkcie, na którym odmówiono mi środków, było ciężko. Nie tylko ból. Nie tylko piach, nie tylko długie proste, nie tylko w końcu wilgoć łąk. Po prostu tak. Znów po rzeczce, znów po asfalcie skierowałem się zdecydowanie na 13-tkę. Próby biegu niestety były nieudane. Czułem że lepiej nie przeginać, bo padnę i wezwę support i będzie po sprawie.
Bez problemu do 13- tki. Ale tuż przed nią potężny, olbrzymi, ból kolana. Jakoś przemykam przez punkt i nadrabiam miną tuląc łzy w kołnierz. Przesuwam się bodajże z 200 metrów za 2,3 zakręty i padam na nieszczęsne kolana, łzy teraz lecą, ból się reguluje, oddech też. Fuck. Raz, dwa, trzy. Wstaje. Idę niemrawo, nie, po prostu cioram się, 20 sekund, 40 sekund, minuta. Idę po prostu idę. Akurat za zakrętu wypada parka "pedałów" - daleko do punktu? - nie chwila mówię - jak to dobrze że nie leżałem > znowu się udało!!! Nikt nie widział. Trzynastka po prostu Trzynastka.
Dosłownie 200 metrów dalej ból nie pozwala iść. Ale ja muszę. Muszę iść, muszę jeszcze biec!!! Muszę !!! Dyszę chwilę oparty o drzewo. Ciągnę za sobą nogę prawą tak jakby była kompletnie dajmy na to przestrzelona. Sprawia mi to też okrutny ból, ale gdy próbuję stawić ją normalnie, to nie ma mowy o bólu. Wyję tak że wszystkie zwierzęta i kłusownicy uciekają w popłochu. Tyle na ten temat. Dywaguję w duchu, liczę i zastanawiam się. Z daleka widzę parkę... A więc to początek końca. Dochodzę do leśniczówki Olszyny. Parka jest tuż za mną. Mijają mnie. Jeśli się nie mylę to czołowa ekipa tej grupki która przed 7-ką nieco zmyliła drogę. Naparli. Brawo!
Piachy, piachy, piachy. Trudna orientacja w lesie. Zastanawiam się ponownie, czy jestem na Harpiu. Wszak generalnie nie ma tu ludzi! Opamiętuje się. Mimo że jestem na skraju rezygnacji, upadku, przypominam sobie że jestem jednak w tzw. Szpicy a uczestnicy mają jednak kilka godzin straty.... W dość trudnych warunkach topo docieram do punktu 14. Jako że zajęło mi to nieco, odczołguję się relatywnie szybko. Na dość kluczowym rozstaju mam wąty. Ja to ja, ale kompas prawdę mówi, zawierzam więc mu i udaję się na płd.zach.
Dzwonię do Żony. Opowiadam co i jak - naturalnie szybko. - Przyjechać po Ciebie mówi - jest czujna. - Nie, nie, nie - błyskawicznie dopowiadam. Za kilka minut dostaje sms-a który jasno zmusza mnie do wysiłku. DZIĘKUJĘ.
Walczę z sobą, walczę z ciałem, ciągnę tę cholerną nogę. Połykam ból i łzy. Gdzieś staje na mej drodze bagno. Nie mam siłki aby przejść dookoła. Walcząc z bólem ostrożnie stąpam po cholernych wypukłościach traw. Wreszcie osiągam nitkę wąskiego strumyczka. Może i wąskiego, ale nie teraz. Nie w tej sytuacji. Stojąc na bolącej nodze rzucam się do przodu, jestem na drugiej stronie, ale boląca stopa osiada w głąb strumienia. I dobrze. Tak jakby lepiej? Hm. Ciągnę dalej nieco szybciej. Dochodzę do Okręglika. Popełniam tu bezsensowny błąd i tracę 400 metrów. Pięknie, dobrze chociaż że nie idę już jak ciota. Pewnie nawiguję mapą. Lecz jednak coś się nie zgadza, tu już powinienem skręcić w lewo i powinna być piętnastka. Nie wiem, nie wiem nic, zaćma. Przelatuje obok mnie jakiś rowerzysta, dopytuje się gdzie punkt, widać moje tłumaczenia nie trafiają mu do przekonania, bo jednak po krótkich dwóch rundkach pewnie ciągnie w prawo. Wpierw zlewam go, potem jednak wypatruję gdzieś tam w dali jednak punkt.... Ciągnę więc tam, przeklinając moją zaćmę. Po wstemplowaniu coraz szybciej daję do mety, posługuję się śladami rowerów które ciągną stąd dość pewną drogą do Rytla. Po drodze mija mnie w szaleństwie Wiechor - zostały 4 minuty, zostały 4 minuty - mamrocze i coś krzyczy. I oddalił się w dali ...
Walczę trochę w lesie, bo rowery dały jednak jakoś inaczej. Wychodzę w Konigorcie i poruszam się między Brdą a Kanałem Brdy. Przyśpieszam aby zdążyć przed 20 godzinami trasy, ale tuż przed linią kolejową wiem że już nie zdąże. Osłabiony poruszam kulasami i jestem zdegustowany. Patrzę na zegarek, patrzę jeszcze raz i ... Jak to przecież to 16-ta! A więc to jednak 19-ta godzina. Dzwonię do żony i potwierdzam godzinę. Cholera - gdybym trochę wcześniej jeszcze dał ! Za kilka chwil jestem na mecie. Syn i Kasia witają mnie szampanem. 13 miejsce, cudowne, bardzo cudowne. 19 h 6 min. Wspaniale. A szampana wypijam całego, bo wszak brakowało mi płynu od kilku godzin.