mBank Sielpia'2005

Dla nas imprezka zaczęła się chwilę przed szóstą. Skromne śniadanie, łyk herbaty i na dwór. O kurcze ! 5 stopni! A to ci heca?! Dwa mrugnięcia pedałami i jesteśmy w biurze. Wojtek rejestruje się, bo wczoraj nie zdążył. Oglądamy na wszystkie strony kwitki i papierki. Co z tego dla nas wyniknie? Wbrew rozsądkowi zabieramy dość spore plecaczki, - ale cóż opić trzeba i parę szpargałów też się przyda.
6/50 start > nieco opóźniony. W chłodzie poranka ruszamy niemrawo. Od razu widać czołówkę, która ostro wrzuca w korbę. Nawet troszkę do nich dochodzimy, ale szybko sobie odpuszczamy. No, Wojtek spokojnie by z nimi pociągnął, ale ja z roweru jestem za słaby. Na jedynce jesteśmy jednak za nimi niedaleko, mały tłok, chrobot i ruszamy dalej. Troszkę pod górę do tych Modliszowic! Przed zamkowa fosą stajemy w karnej kolejce. Niestety przerwa w życiorysie trwa bite 35 minut. Tyle trzeba było postać, aby wejść na jedyną łódkę. Naturalnie Ci którzy pierwsi tu przybyli rozpłyneli się już w oparach poranku, daleko, daleko.... Dwójka bez uwag. Trójka osiągana pod wiatr. Ładne muzeum! Las i jakby nie było naturalnie rozpoczynają się kłopoty. PK 4 na Kamiennej Górce coś jakby się schował. Po prostu nic nam się nie zgadza, nic a nic. Zanim osiągamy punkt tracimy lekko ponad pół godziny. Była nawet chwila kompletnego zwątpienia. Punkt znalazłem w ostatniej chwili. Ledwo. Teraz w szaleństwie w dół, czasem tylko rzut oka na kompas. Rzeczka czysta i wielki krzyk. Ból, wycie i jęk. Pszczoła i kolano to była para. W sekundę mam na nim opuchniętą banie. Nie ma dyskusji > trzeba jechać. Po przejeździe dużej drogi trafiamy w wyjątkowo paskudny dukt. Prędkość schodzi do 8-9 km. Rewelacja. Wreszcie punkt 5 > leśniczówka. Chwila zawahania, ale w stresie i krzyku przechodzącej pielgrzymki zdobywamy potwierdzenie i zmykamy nota bene do Piekła! Most z rowerem. OK. W euforii wciskam perforator, który jednak nie odznacza - a ja tego nie widzę... Dobrze że na mecie świadczy za mnie kolega Wojciech! Meta 50-tki. Na liczniku mamy 53 km - to te z szukania punktu na Kamiennej Górze. Średnia niecałe 21, najszybciej 44. Traskę zrobiliśmy w niecałe 4 godziny.
Dostajemy nowe mapy i karty i w teren. Tak sobie jakoś liczymy, że nie będzie łatwo. Coś ten czas jest jakoś wydumany. Chwilę po tych myślach przekraczamy Czarną - jako że jeszcze trwa etap suchy - zdejmujemy skarpetki, buty, celebrujemy. Ostatni raz. Nie ma się co opindalać. Zaczynamy bieg i tak już trzymamy w zasadzie do końca. Wstrzymuje nas OS1 z trzema punktami na bagnach. Jakoś nie da się tu biec. Dziwne! I wreszcie feralny PK7. Tu mamy z Wojciechem różne zdania. Krążymy jak torby tu i tam. Nie tylko zresztą my! Rozdzielamy się, myszkujemy. Tym razem Wojtek wyciąga punkt na światło dzienne. A więc dalej bieg. I znowu się nie da. Uroczy, szemrzący potoczek u stóp Salachowego Boru .... Mniam mniam. Nawet chwila depresji i zwątpienia się pojawia. Po ostatnim punkcie wciskamy się na most nad zbiornikiem. Próbujemy omamić obsługę stopniami instruktorskimi aby przemknąć po owym moście, ale się nie udaje. Są twardzi, brawo. Znowu bieg, bieg i bieg. Aż wreszcie ZS9 - dętka na rzece. Super, świetna zabawa. I znowu meta w Sielpi. Obsługa nie chce nas widzieć, milcząco wskazuje kierunek na kajaki. Jak tak to tak. Czas troszkę rączki zmęczyć. Krótki przepływ i znowu obsługa na mecie i znowu wskazują nam palcem dalszą drogę.
Zmiana taktyki. Zjadamy wszystkie batony, które mamy. Wypijamy wszystkie płyny, porzucamy plecaki. Bieg. Tym razem punkty mamy pokonać dowolnie. Jakby nie patrzeć jednak zakładamy kolejność pętli zgodnej z ruchem wskazówek zegara poczynając od ZS12. Początkowo biegniemy w kierunku Piekła i co to!
Z przeciwnej strony nadbiega mój syn i próbuje wskoczyć mi na ramiona. Zręcznie krzycząc go omijam. Gdyby wskoczył to chyba bym już się nie podniósł. Okazuje się że wraz z matką swoją a żoną moją przeszli dystans 12,5 km Sielpia > Końskie. Żeby jednak było ciekawiej to w połowie dystansu Fryderyk postanowił zawalczyć o pierwsze miejsce i puścił się biegiem. Kiedy Kasia zajarzyła że syna nie ma w okolicy, w trwodze popędziła do przodu szukając pierworodnego. Miał na mecie nad nią 9 minut przewagi!!! Oraz 3 klapsy.....
No, ale my nie mamy co gadać tylko, bieg, bieg i bieg. Na łukach zauważyliśmy u Kolegi Obsługanta że tych z krótkimi numerami z naszego biegu nie ma tak dużo, było ich tu z 5 ciu, 6 -ciu ... A więc może.... Nie, nie > to niemożliwe żebyśmy dobiegli, ale ....
Znowu most, tym razem bez roweru. Mili uczestnicy krótszych biegów sami z własnej inicjatywy nas przepuścili. Wielkie dzięki!!!! Kolejne punkty szczęśliwie są jakoś dość blisko. Na kolejnej przeprawie przez rzeczkę mijamy się z chłopakiem biegnącym w odwrotnym kierunku. A więc kolejny obywatel od nas. Fajnie ale niemiło to że pojawia się u mnie rwący ból kolana. Tzn. był już wcześniej, ale stłumiłem go jakoś. Teraz jednak nie daje się i tak już pozostanie do końca. Tuż przed ZS14 mijamy się z Kasią Polak > Ona nadaje w przeciwną. Slalom jest klaustrofobiczny i w ogóle. Na paintballu obsługa zmusza nas jeszcze do karnego biegu. Fantastycznie!
Sami sobie nie wierzymy. Jednak zdążyliśmy! W spokoju dobiegamy do mety. Tym razem tej prawdziwej, ostatecznej. Mamy na zegarku 10 h i 45 minut. Ledwo, ledwo. Ale jest.
Wieczorkiem na pikniku, jakoś nie słyszymy klasyfikacji, ale dostajemy medale, jesteśmy gdzieś w pierwszej dziesiątce. Będą wyniki, będziemy wiedzieli. Z tego co się obiło o uszy to zwycięzca miał czas o godzinę lepszy. No cóż. Wielkie brawa.