BERGSON WINTER CHALLENGE 2005 - Trasa Speed

Od dłuższego czasu chodziły po Polsce słuchy że tegoroczny Winter Challenge bedzię imprezą o niespotykanej sile i jakości. Specjalnie dla tego powodu - tak rozumiem, główny organizator Paweł Fąferek odszedł z firmy KOMPAS i zaczął tworzyć imprezę pod swoją marką SPORTEVENT.

Nie ulega wątpliwości że założenia zostały przekute w czyny, choć jako uczestnik nie mogę nie wytknąć kilku sytuacji które mogą bardzo razić. Ale tak to już bywa, gdy jest się organizatorem, to się niektórych rzeczy nie widzi i odwrotnie, z pozycji zawodnika też wzrok bywa zamglony. Ale o tym potem.

Zapisałem się na listę startową trasy Speed wkrótce po jej zalogowaniu na www. Zapisałem się wraz ze swym znajomym aby po prostu być. Wkrótce okazało się że jak należało przypuszczać nie mógłbym być pewnym aby pokonał on całą trasę. A jak domniemywałem, ja mogłem to zrobić. Zacząłem więc poszukiwać partnera godnego mojego mistrzostwa - tzn. takiego który wziął by mnie za chabety i przeciągnął w trudnych momentach i wzmocnił psychicznie i dokopał fizycznie. Prośbę swą skierowałem do kilku najbardziej znanych zawodników lecz z różnych przyczyn nie doszło do współpracy. Może i dobrze bo np. jeden z nich zajął miejsce w czołowej piątce i zapewne chcąc ze mną ten sukces osiągnąć zniszczył by mnie potwornie ... Ostatecznie moja propozycja została przyjęta przez Wieśka Rusaka. I bardzo się z tego ucieszyłem, jego doświadczenie, jego siłą i potencjał były zdecydowanie mocnejsze ode mnie a więc miałem to czego oczekiwałem. A że nasz zespół liczył sobie wspólnie 88 lat - to już zupełnie inna historia ...

Impreza odbyła się w terminie 03-06 marca 2005. Bazą była szkoła w Kłodzku. Start nastąpił w czwartek o 22 z rynku tego uroczego miasteczka.

Do startu przystąpiłem dość dobrze przygotowany fizycznie. Niestety moja prywatna organizacja jak i logistyka mocno szwankowała, na domiar złego przez ostatnie dwa tygodnie intensywnie jeździłem po Polsce i byłem permamentnie niewyspany. Na dodatek wysypało mi się wiele waznych spraw tak więc ostatecznie psychika nie była taka jak powinna być. Szczególnie Wiechor był dość zaskoczony - naturalnie negatywnie, moją bezradnością: a to brakowało mi kasku, a to gwizdka a to czegoś tam. Rower niesprawdzony, opony letnie itd. Nie ma słów wdzięczności aby wyrazić mu podziękowania za wyrozumiałość.

Trasa składa się z: biegowego prologu rozgrywanego na ulicach Kłodzka - do odnalezienia było bodajże 8 punktów - z czego jeden niezbyt dobrze ułożony w terenie; 17 punktów kontrolnych rozmieszczonych w Kotlinie Kłodzkiej do pokonania w kolejności numeracji oraz zadania specjalne: w sztolniach w Złotym Stoku - ponownie punkty do znalezienia, mosty linowe - nad wodospadem w Międzygórzu, w podziemiach Twierdzy Kłodzkiej - ponownie punkty do znalezienia oraz zjazdy linowe.

Tak na marginesie trasa speed zapowiadana była na 100 km, a tu nagle z tydzień przed startem okazało się że liczy ona ca 142 km!!! Zrozumiem naturalnie że przyczyny różne powodują zwiększenie lub zmniejszenie trasy o 5 - 10 nawet 15% ale o blisko 30%!!! Tego nie rozumiem i uważam za prawdziwy skandal! Jeśli dla startujących tutaj mocnych zawodników nie sprawiło to może zbyt wielkiej różnicy to w przypadku ludzi którzy chcieli zaznać smaku przygody, zapłacili pieniądze i przygotowywali się właśnie do "setki" mogło to być prawdziwą tragedią. Ale nade wszystko jest to działanie mocno, ale to bardzo mocno nie fair w stosunku do uczestników.

Na liście startowej oczywiście znalazła się prawie cała czołówka polskich napieraczy. Założyłem sobie że nasz zespół po prostu pokona tę trasę. Wszak te nieszczęsne 142 km ma swój wymiar!

No i start! Dostaliśmy szkicowe plany Kłodzka do łapy, szybkie uwagi no i cóż do biegu. Jak większość wybraliśmy trasę do pokonania zaczynając od pewnego mostku. Tym samym znalazła się tam liczna grupa prawie wszystkich uczestników i jedna biedna, mała, zahukana dziewczynka ( z zapałkami ...) no nie z perforatorem w dłoni. Naskoczyło na nią mnóstwo rosłych facetów i naturalnie kilka bab i ... było po wszystkim. Niestety jako że nie jestem wielkiej postury, rejestrację zakończyłem jako ostatni. Niewiele już zmieniło także dalsze biegi i ataki. Pamiętaj tylko na całe życie że nie należy oglądać się za innymi ... Tak często łatwiej pokonuje się trasę! Po kolei wszystkie punkty, krótka przebiórka i na rowery.

Już po bodajże 500 m okazało się że mój rower coś nie tak ... Zdaje się że smar zasechł, że przerzutki nie kręcą itd.... Nie nie to nie moje wymówki, niestety to prawda. Ze smutkiem obserwowałem kolejne plecy zawodników oddalających się w szybkim tempie. Czyżbym był tak naprawdę do kitu??? Oczywiście Wiesiu był cały czas przede mną i za nim też nie mogłem nadążyć. Oj, obiecywałem sobie że już nigdy nie zapomnę przygotować roweru...

Trasa wiodła z Kłodzka zaznaczoną drogą w kierunku do pkt. 2 znajdującego się na niejakiej Kukułce. Na drodze wszyscy nas wyprzedzali, a na ścieżce gdy trzeba było zejść z rowerów nagle coś się zmieniło... Wyprzedziliśmy kilka zespołów! Wejście w kopnym śniegu to już nie przelewki. Zjazd także jak się okazało. Nie zawsze da się jechać, czasem trzeba się za przeproszeniem wypierdolić, a czasem po prostu pchać ów nieszczęsny rower. I tyle. Kiedy zjawiliśmy się w Wojciechowicach, ponownie jacyś szaleńcy zaczeli nas wyprzedzać, my w miarę wolno poruszaliśmy się w górę w stronę przełęczy Łaszczowa. Po drodze mineła nas zwycięska ekipa Mastersów. Brawo!!!

Na przelęczy osiągnął nas straszliwy mróz, ja cierpiałem z paluchami, Wiesiu z zamarźniętym camel bagiem. Pozostał nam zjazd na którym też cierpieliśmy srodze. Na dole czekał punkt 3 gdzie mineliśmy drugą ekipę Mastersów - Czechów - Brawo! Wkrótce stanął przed nami dylemat, w lewo czy w prawo? Wybraliśmy jednak zachowawczo wariant przez Dzbanów korzystając z bardziej przejezdnych dróg - w końcu coś się należy rowerowi - nie tylko pchanie. Wkrótce bodajże w Ożarach staneliśmy oko w oko z prawdziwie nieprzejezdną drogą. Co 5-10 m stawał przed nami metrowy wał śniegu, a za nim lodowe wypłaszczenie. Kiedy już się wykaraskało z rowerem na wał i z radością schodziło na płaskie, człek wywalał się w jednej chwili. Super. I tak 3 km. Nie zazdroszczę miejscowym. Bo my tutaj tylko przejazdem...

Złoty Stok. Pierwsza różnica zdań z Wiesiem. Do góry, do góry - mówi. A ja na to że lepiej dołem, bo znam, bo byłem. Nie ma, do góry i koniec. Jak koniec to koniec - jadę. Kiedy okazało się że nie ma gdzie to skierowaliśmy się w dół i wkrótce stawiamy się w świetnie usytuowanym barze z ciepłym isostarem ( niektórzy chyba jednak pili piwo ....). Po otrzymaniu szkicowych informacji na skrawku papieru wraz z adnotacją że rzeczywistość wygląda inaczej, ruszyliśmy w bój. Nawigator Rusak prowadził bezbłędnie. Do momentu gdy plan mocno rozminął się z rzeczywistością. Tutaj nieco narozrabialismy i w efekcie straciliśmy... Takie życie. Ale jakżeby inaczej, dało się naprawić! Wszystkie punkty w sztolniach zostały znalezione i nie zajeło nam to więcej niż pół godziny. Teraz tylko 19 km do Lądka. I przełęcz Jaworowa. Znam ją, Wiesiu też. Ja z samochodu, Wiesiu z roweru. Jedziemy, znaczy idziemy, znaczy pchamy rowery. Nagle okazuje zię że jakaś dwójka skręca w ulicę Górniczą. Zmamieni oszczędnością kilometrów ruszamy za nimi. Ale za oszczędność trzeba płacić. Zmęczeniem, osłabieniem, zniechęceniem. Zapłaciłem - przynajmniej ja. Wiesu akurat tak się składa był w doskonałej formie. Dobił mnie jeszcze widok rowerzysty pedałującego rączo nad nami, 10 m wyżej na owej drodze patrzącego z politowaniem na nas brnących w śniegu.... Ale zaoszczędziliśmy 3 km. Brawo, brawo. Żarty żartami, ale dziś też bym to zrobił.

Długie minuty i kilometry, ciemność przeradzająca się w światło, sen który atakuje znienacka, zjawy i omany lub onany jak kto woli? Przełęcz Jaworowa. Jest, dopiero teraz jest. Bo tylko tak mogło być. Zaraz jak wyszliśmy z naszego skrótu prowadzący chłopcy stwierdzili że teraz to już tylko w dół. Oponowałem, oponowaliśmy. Nie oni wiedzieli lepiej. Cóż, mineło ponad godzina z okładem. Można jechać w dół, czytać wsiąść na siodełko! Ale z jazdą nie hula! Zimno, mróz atakuje, ręce tracą czucie, nie ma możliwości ogrzania, nie da się zjeżdżać! Skaczę po 200 - 300 m, staje i rozgrzewam ręce. Mija mnie kilka osób, ich twarze nic nie wyrażają. Twardziele! A może nie? Jak w końcu dojeżdżam do Wiesława mówi że to koniec, nie ma dłoni, nie ma nic. Tylko dzięki uporowi swemu dojeżdża do strefy zmian. Za nami prawie 9 godzin walki. Tam doprowadzamy się do jako takiego porządku. Nie ma czasu na deliberacje, dalej do akcji. Ale muszę przyznać że było to miejsce gdzie po raz pierwszy pomyślałem o wycofaniu...

Kolejny punkt realizowany już za dnia to Góra Trojak - czyli inaczej 6-ka. Po dość sprawnym marszu osiągamy ją walcząc tylko z non stop dzwoniącym u mnie telefonem. Okazuje się że moja Szanowna Babcia tonem nie znoszacym sprzeciu żąda natychmiastowego kontaktu. A przecież jej wiek - ca 93 lata, a więc mocno większy od naszego zespołu wymaga właściwego podejścia.

Z Trojaka kierujemy się generalnie na przełęcz Dział. Jako że znam te tereny z lata, rozglądam się ciekawie na lewo i prawo. Po osiągnięciu ruin zamku Karpień nagle prowadzące wszystkich jak po sznurku do celu ślady nieco zanikają i nieco się rozdzielają ... Co tu zrobić? Kierujemy się za najbardziej widocznymi śladami - ale wkrótce okazuje się że idea przewodników jest nieco rozbieżna od naszych oczekiwań. Konfrontuję sytuacje z moimi wspomnieniami z lata i zgodnie stwierdzamy że powinniśmy udać się po prostu w dół. Cóż zrobić? Piłeczka skacze po głowie jak w animowanym filmie o Pomysłowym Dobromirze i wiemy! Wszak ciągniemy na swoich plecach od kilku już km. rakiety! Na nogi, na nogi miły bracie. Po kilku krokach jesteśmy mile zaskoczeni, po kilkuset uskrzydleni, po 2 - 3 km nie wyobrażamy już sobie naszej wycieczki bez tego wspaniałego sprzętu. Schodzimy do doliny Białej Lądeckiej ( kto wie co to znaczy niech wspomni najlepsze chwile tego potoku !!! ), przekraczamy i wchodzimy powoli na zbocza Gór Bialskich. Z każdym krokiem uświadam sobie że moje pachwiny zaczynają żyć własnym życiem. Jak wychodziliśmy ze strefy zmian, już anonsowałem że jest coś nie tak, ale teraz to zupełnie inna zabawa. Z każdym krokiem czuje jak slipy przeżynają uda do czystej, zwykłej krwi. Każdy ruch staje się wolniejszy, a Wiesław oddala się szybciej niż słońce na nieboskłonie. Podejmuję decyzje o zakończeniu imprezy. Jak tylko powiedzieć to memu Partnerowi? Jak wyłgać się z sytuacji którą sam przecież zaaranżowałem? Do przełęczy Dział zostaje kilka km. i niewiele, naprawdę niewiele czasu. Ale tyle że zdążymy. Czy na pewno? Wiesiu przekroczył kolejny grzbiet, ja przystaję, słyszę pohukiwania, idę, i tak dalej i tak na zmianę. Moja taktyka przegrywa systematycznie z przenikającym bólem. Wkrótce po prostu nie mogę dalej iść! Jak się ratować? Jak stąd zniknąć? Kolejne metry dają zaskakujące rozwiązanie. przenikający ból każe wyciągnąć ostry nóz i ... Ze względu na pancerny mróz nie rozbieram się, odchylam jeno poły kurtki, rozchylam spodnie i bieliznę i ... Nóz kieruję w stronę podbrzusza ... Dwa cięcia, dwa zduszone okrzyki, jeden spłacheć tkaniny ... Krew. Nie, nie ma jej. Udało się wyciąć majty nie zdejmując niczego. Zdziwiony pokonuję kolejne metry, wolno, szybciej, jeszcze szybciej. Smaruję się tu i ówdzie pomadką do ust. Krok staje się sprężysty i prawie świeży ( O Pani Ireno !!!! ), nawoływania Wiesia przecinają pustkę Gór Bielskich, kolejny zakręt i słyszę:
- Dawaj, dawaj bo zaraz punkt zamkną !!!. Coś mu odpowiadam ale On naturalnie nie słyszy pędząc do przodu. Daje i ja. Na punkt nr. 7 docieramy 5 min. przed zamknięciem.

Pierwsze o co proszę Wiesia to o kilka gram wazeliny. Rozumie mnie w jednej chwili i nie ma już najmniejszych pretensji. Na pukcie obsługa zrobiła sobie świetny namiot - kusi do odpoczynku. Jest także ekipa Paris Bank - niestety jeden z uczestników nie jest w stanie kontynuować marszu, drugi z ekipy boleje nad tym ale cóż. Pozostaje nam tylko pomachać. Kolejne metry w kierunku przełęczy Płoszczyna to tylko marsz na rakietach szlakiem niebieskim. O dziwo, mijamy kilka odpadających zespołów. Nie wierzą że zmieszczą się w limicie, przekroczyli własne limity, mają po prostu dość. W nas rośnie powoli nadzieja że stać na coś więcej. Powoli oddalam od siebie defetystyczne myśli o zakończeniu trasy, walczę z atakującami zmorami snu i podążam za Wiesiem. Zdajemy sobie oczywiście sprawę że Płoszczynę to może i osiągniemy w czasie ale już pkt 9 na Śnieżniku to raczej nie ... Trzeba walczyć takie jest jednak nasze credo ... Pojawiły się też jakieś pogłoski o skróceniu trasy, to byłoby coś dla nas ... Fuck, trzeba powiedzieć że limity na tę porę roku, na te warunki były ustawione tak ze żaden zespół w najgorszych opałach mógł nie dotrzeć na trasę. A niestety wszystko toczyło się na granicy, może nie państwowej ale ... Organizatorzy przegieli. Jedyna szansa na naprawę ich skuchy to skrócenie trasy. Zobaczymy.

Końcówka Drogi Marianny. Przybiega jakiś chłopak, pyta czy nie widzieliśmy jego Partnera, chce biec w jakąś boczną drogę, Wiesiu go powstrzymuje, daje mu telefon, ale i tak nie ma zasięgu. Idziemy dalej, On odbiega. Łączymy się już z drogą asfaltową idącą do przejścia granicznego, tam nasz kierunek. Kierujemy się w górę i ... Widzimy schodzącą parę, informuje nas że trasa jest skrócona i nie trzeba na Śnieżnik. Super! Ale i tak trzeba zdażyć na przełecz. Rakiety do śniegu i jazda w górę. Szybki, bardzo szybki krok. ZDĄŻYLIŚMY ... ZNOWU ...

Po krótkim odpoczynku, okazało się że chata na przełeczy wiązała się ze wspaniałami doznaniami Wiesia. Trzeba było więc chwilę odetchnąć jej klimatem. Informacja o dalszym przebiegu trasy była uboga - trzeba do Kletna. Ruszyliśmy. Mieliśmy dotrzeć do strefy zmian Mastersów. Ruszyliśmy więc w kierunku naszych schowanych rakiet a dalej w kierunku Stronia - wszk do Kletna stamtąd niedaleka droga. Powiem szczerze, tak się zagadaliśmy że prawie już do Stronia doszliśmy, w jednym momencie coś mnie zatrzymało. Spojrzeliśmy na mapę i ... Ruszyliśmy z powrotem do Bolesławowa. Stamtąd po założeniu rakiet polami i wzgórzami do Kletna. Żadnych problemów. Idealnie. Znowu doskonała strefa zmian, ale, ale! Pierwsza gdzie dało dostać się kawę!!! Brawo dla obsługi! Czekaliśmy z niecierpliwością na ten punkt. Co się stanie, gdzie nam każą iść, jak to dalej będzie wszystko wyglądało. Mieliśmy oczywiście swój koncept, ale o Boże jak bardzo odrębny od Organizatorów. Po wyroku poraziło nas. Niechęć, niechęć i jeszcze raz niechęć. Jednak moc zwyciężyła. Ruszyliśmy w ciemnej nocy, "by" Kletno do Siennej i dalej w kierunku na pkt. 11 - rozdział Konradowskiego Potoku.

W Kletnie pojawiły się tarcia w zespole - no cóż zbliżamy się wszak do doby działania! Okazuje się że mamy inny pogląd na jakość trasy do pokonania, Wiesu wierzy w to co ma na mapie, ja w to co znam z wycieczek w terenie. Jako że widać nie jestem przekonujący szuka potwierdzenia u tubylców, innych uczestników i wreszcie przejeżdżających Mastersów ! Brawo! Naturalnie dla nich! W końcu orientujemy się wspólnie i zgadzamy co do kierunku. Pokój, pokój to podstawa!

Pokonujemy kolejne kilometry, chwalę się miejscami które kocham i uwielbiam. Dochodzimy do Czarnej Góry i podziwiamy ratraki gdzieś w niebosiężnej górze gładzące stoki. Ich malutkie światełka i głośne silniczki zwracają uwagę całego żyjącego tu i teraz świata. Na przełęczy Puchaczówka nie ma specjalnego wyjścia - szeroki na 20 m ślad prowadzi zdecydowanie w dół. Po cholerę tylko w trakcie zastanawiamy się gdzie jest punkt? Wszk może być tylko tam gdzie wszystkie ślady, a nie 3 czy 6? Nieprawdaż? Problem decyzji kosztował nas nawet telefon do Sędziego Głównego - nie ukrywajmy że nieco zdziwionego???? Punkt znaleziony. Ruszamy dalej. Jako że teren jest mi znany daję pewne dyspozycje. Jednak zima płata figle i mam wątpliwości, naturalnie uczciwie dzielę się nimi, choć po kilku minutach mijają. Gdy zaś dochodzimy do Kątów Bystrzyckich czuje się jak w domu. Skręcamy pewnie w prawo w czerwony szlak, szybko szybko chcę zaznaczyć punkt 12. Za szybko, za szybko, powstaje pętla myślowa, którą wykorzystuje zespół który nas wyprzedza a mnie doprowadza do depresji. Okazuje się ze 2 km liczy sobie jednak 2 km a nie 500 m ... Trzeba o tym pamiętać. Do kurwy nędzy, pamiętać!!! Zdobyliśmy i Kierznię - pkt 12, i zeszliśmy do 13 - ki na rynku w Lądku i zdobyliśmy 14 - kę w szkole. Zapowiedziałem odpoczynek i za nic nie chciałem go oddać....

Nie ukrywam że od kilku już godzin byłem przekonany że jednak można powalczyć o zakończenie, to teraz byłem już prawie pewien sukcesu. Co prawda przerażał mnie Wiesu któremu było cały czas mało czasu, ale cóż. Ja tym razem byłem za słaby. Musiałem nieco więcej patrzeć na siebie. Przebiórka na prawie pustej sali, żarełko, picie, chwila odsapki. Do roboty. O, Wiesław ma wątpliwości. Nieprawdopodobne. A więc do roboty, pewnie podpuszcza! Ustaliliśmy że na podjeździe Wiesiu będzie za mną, jak będę pchał rower to i on, coby się nie zdeteriorował termicznie. Ok. W poczuciu obowiązku i winy, napieram na pedały. Do Orłowca dojeżdżam na pedałach i to dość szybko, jestem zadowolony. Dalej nie jest już tak różowo - kilometry się dłużą. Kiedy wreszcie osiągamy przegięcie okazuje się że nasze poczucie trasy rozmija się z rzeczywistością. Tam gdzie powinna toczyć się trasa nie ma jej. Natomiast w innym miejscu jest. Ruszamy tam. Ja szukam w dość przypadkowych punktach naszej 15 - ki. Nie ma jej. Słyszę lekko wkurwione nawoływania Wiesia - dawaj, dawaj. Schodzę i widzę go przy punkcie. Mamy, a już byłem zaniepokojony. Tutaj naprawdę Organizatorzy przegieli...

Stąd zaledwie godzina do następnego punktu. Tak tylko jak i kiedy i którędy i w jakich warunkach. Męczymy się, ciągniemy rowerki, pijemy herbatki i inne napoje, krzyczymy i jest ok. Punkt 16 w czasie, a nawet przed. Dalej nawet już jedziemy, jedziemy, jedziemy. No może na chwile zatrzymuje nas śliska przełecz Droszkowska. Potem już tylko w dół, w dół do Kłodzka. Tak, tak. Miało być ok. ale ... Zwidy i sny się znów pojawiły, mało nie wpierdoliłem się pod samochód podczas zaśnięcia i poślizgu. Ponadto mróz upomniał się o swoje rankiem. Jechaliśmy po kilkaset metrów poklepując rękawiacami o ciało i odbijając mróz od siebie ... Nie było ciepło ...

Wjeżdżamy do miasta, bądzimy, bo jak. Twierdza wreszcie, stemplujemy karty. Witamy się z obsługą, informujemy że olewamy zadanie specjalne i prosimy o karę. Niestety nie jarzą. Są tak zajęci sobą i na tyle zmęczeni że chyba nie zauważyli że nie wnikneliśmy do podziemi... Oddalamy się na metę. Łakniemy fanfar i wielkich tub. Spotykamy spokój ciszę i reklamy SportEvent. Punkt 17 nie istnieje. Chwilę krążymy w lewo i w prawo - wszak jesteśmy godzinę przed zamknięciem trasy ??? Ruszamy nieco zniechęceni do bazy, Wiesiu kieruje się do swego samochodu chowając rower, ja naiwnie do punktu schowu rowerów - nieczynny ... Cóż przymocowuję do balustrady i wnikam do śodka. Prawie udałoby nam się wejść niezauważonym do śpiwora gdyby nie pewien czujny młody chłopiec - wyrwał mi nasze karty startowe i oddalił się w jakąś kosmiczną przestrzeń... Skończyliśmy, jesteśmy rejestrowani !!!

Dzięki wielkie dla Wiesia za współpracę, dzięki dla uczestników za zaangażowanie, dzięki dla organizatorów za ich bycie, dzięki dla zwycięzców za wspaniałość. Do spotkania na Emmet Cross - Tomasz Pryjma