II Zimowy Marsz dookoła wyspy Wolin 01'2005

Pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć w imprezie organizowanej przez niejakiego WIECHORA i muszę przyznać że wieści o Jego zdolnościach organizacyjnych nie są przesadzone. Impreza zrobiona solidnie, może bez zadęcia ale fachowo i konkretnie. Wszystko co miało być, było i to tam gdzie powinno. Gorące podziękowania!

Impreza odbyła się w terminie 28-30 stycznia 2005. Bazą była Marina Karsibór w Świnoujściu. Start był puszczony z przystani promowej w Warszowie a meta ustanowiona w Marinie.

Trasa składa się z 20 punktów kontrolnych rozmieszczonych na odcinku 125 km do pokonania w kolejności numeracji.

Na liście startowej znazała się prawie cała czołówka polskich napieraczy. Impreza zapowiadała się więc bardzo solidnie. Dość pochopnie założyłem sobie pokonanie trasy i znalezienie się w pierwszej dziesiątce ... O ja naiwny, wszak ta czołówka to więcej niż 10 osób ...

Od początku "mój" sukces był zagrożony. Jako że mieliśmy sprawy do załatwienia w Szczecinie postanowiliśmy przyjechać do Mariny dopiero rano. Kiedy jechaliśmy nagle okazało się że nie wszyscy zdajemy sobie dokąd ... Wolin a Świnoujście dzieli nieco kilometrów ... Po szybkim telefonie do Wiechora skierowaliśmy się na przystań w Warszowie - tam miał nastąpić start ostry. Staneliśmy i czekamy, czekamy. Nikt się nie pojawia a czas mija. Nagle - patrz ! Co to za facet się szwenda z boku ? Toż to Daniel Śmieja! Kurcze przyjechali z innej strony i stali z boku zasłonięci tablicami. O, kurcze, nie zdążylibyśmy !!!

Chwilę po starcie zanotowałem że chyba moje oczekiwania są zbyt duże, więcej niż połowa uczestników ( wszystkich 50 osób w tym 6 kobiet )ruszyła ostrym biegiem. Jako że przyjechałem z kumplem spojrzeliśmy po sobie i ruszyliśmy spokojnym tempem. Po 5 minutach byliśmy ostatni ... Radek Zyskowski nie wyrażał ochoty na bieg, ja też, a więc szliśmy, po prostu szliśmy ...

Na 2 punkcie ( dla wyjaśnienia 1 - szy to start !) naszym spokojnym tempem jednak mineliśmy ze 3 - 4 osoby ( sic! ). Z 2-ki na 3-kę wybraliśmy wariant skrótowy i nawet udało się - za nami kolejne 2 osoby. Zyskaliśmy z 200 m! Tuż przed 4 - ką uczestnicy "miejscowi" odradzali nam skracanie bo dużo wody. Po czym za naszymi plecami zaraz skręcili na bok ...

Tuż przed skrzyżowaniem dróg Świnoujście, Międzyzdroje, Szczecin stwierdziłem że szlak z mapy nie pokrywa się z rzeczywistością i doznałem nagle otępienia starczego. Kiedyś byłem w tej okolicy i opierając się na jakiś dziwnych przesłankach zamiast wejść na wspomnianą drogę poszliśmy w prawo chcąc coś sobie skrócić ... Dołożyliśmy ponad 600 m i wszyscy nas wyprzedzili ...

Po pokornym powrocie na drogę Radek zaczął powoli ode mnie odstawać, szliśmy pod wzniesienie, aby dostać się na drogę udostępnioną nam specjalnie przez WPN, znajdującą się na sporym paśmie wzgórz. Okazało się że Radka zaczęły męczyć poważne skurcze. Mimo tego minelismy jedną parę co zaczeła rozważać kwestie filozoficzne. Jednakże na odcinku do 5 -tki widać było że Radek dalej nie pójdzie. Jego tempo dramatycznie spadło, oddalił się ode mnie na ponad 500 m. Poczekałem na niego i uzgodniliśmy że się rozstajemy ( Wybacz - o Proszę !!!! ). Poczułem przypływ mocy - trzeba walczyć o pierwszą dziesiątke. Rozpocząłem bieg. Kolejno zmniejszałem swoją pozycje, 47, 45, 41, 37, 35. Czułem się wyśmienicie.

Tuż za 6-ką minąłem sympatyczną ekipę. Bardzo zatrwożyły mnie ich słowa."Wszystko idzie zgodnie z planem - o 19-tej będziemy na przepaku". Myślałem że nie zdąże, a więc musiałem dać z siebie jeszcze więcej. I zacząłem biec jak debil po zaoranych polach, muldach itp. Wybrałem ciekawy wariant w którym musiałem na odcinku 300 m przetorować kilkunastocentymetrowe śniegi i odgarnąć setki gałęzi ostrych krzewów ... Nie dość że mokry od wewnątrz to i od zewnątrz. Kosztowało mnie to że wcześniej minięta dwójka znów mnie mineła. I kolejna koncepcja zamiast drogą to polami, dalej podbiegi i biegi.

Na efekt nie trzeba było długo czekać. Przed ósemką wyliczyłem że jestem 22. Dobiegłem i stanąłem. Każdy krok lewej nogi wykręcał mi potwornym bólem lewe kolano. Wyłem w duszy bo głośno nie wypadało. Po prostu na nierównościach naciągnąłem solidnie więzadła i dupa - za przeproszeniem. To były moje ostatnie biegi tej imprezy.

7 km pomiędzy 8-ką a 9-ką to była dyskusja z własnym kolanem przekonywująca je że nic się nie stało i niech się nie wydurnia. Chwilę przed polem z mechanicznymi wiatrakami - gdzie gustownie na "wypiździu" był usytuowany kolejny punkt nawet udało mi się z nim dogadać. Niestety dalsze pola i niby drogi po nich zgnoiły mnie ponownie.

Na wysokości Jeziora Piaski depresja kazała nawet myśleć o rezygnacji. Szczególnie że z tyłu zbliżały się nieubłaganie różne postacie. Jedna z nich w końcu mnie dopadła. Był to Grzegorz Łuczko z Wolina. Podreptaliśmy razem wymieniając uwagi o wszystkim i także o przypadłościach imprezowych. Zaproponowałem żeby pobiegł dalej bo ja cienko przęde. Ale jakoś został. Zrobiliśmy 10-kę i 11-kę, po drodze do 12-ki ( oczekiwanego przepaku - mimo że tam nic nie miałem ...)W międzyczasie zadzwonił kumpel informując że z www wynika że jestem na 27 pozycji - cóż trzeba ruszyć mocniej - ha, ha, ha. Na miejscu okazało się że Grzegorza raczej zjadły buty. Postanowił zostać na 12-ce. Szkoda bo dodał mi naprawdę dużo enegii ( Wampir dziękuje !!! )

Przepak był świetny, super chata, ciepło, dają jeść i pić, śliczna dziewczyna, miły chłopak. Kurcze dlaczego nie można tu zostać na dłużej? Zastałem tu kilku ostrych napieraczy - wyjadaczy imprez na orientacje - tak sądze. Jeden z nich dawno przeze mnie wyprzedzony, rączym biegiem tuż przede mną dopadł klamki chaty! Niektórzy z nich siedzieli dłużej, niektózy szybko ruszyli w dalszą trasę. Niektórych już ongiś wyprzedziłem i jak oni znaleźli się przede mną ???? Zrobiłem na ile to możliwe swoje, zmieniłem skarpety na suche ... I do boju.

Przede mną w mroku majaczyła się wysoka postać wykonująca długie kroki, z peleryną łopocącą na wietrze i mapami w ręku. Na tle ciemnej nocy stanowiła dla mnie wskazówkę która niestety sprawnie oddalała się ... Tuż przed Kamieniem Pomorskim doszła do mnie dwójka zawodników i razem jakoś potoczyliśmy się dalej. W Kamieniu dołączył do nas ów poprzedzający długonogi, który chwilę spędził na rozmowie z miejscowymi. Do Wrzosowa było całkiem sympatycznie, szliśmy w tej konfiguracji nieco się rozciągając w tę czy tamtą. Zwiedziliśmy we Wrzosowie wielką i pustą fermę świń - gdyby były w swych kojcach - chetnie bym się do jakiejś na chwilę przytulił.

Zaczął się fatalny odcinek > ponure asfalty aż do granic Dziwnowa. Tu pojawił się nowy towarzysz - skurcz lewej łydki. Cóż. 14-ka na falochronie spowodowała że jedna z osób z naszej grupki została sama ze swym zmęczeniem, ponownie zaś dopadł nas już 3 razy wyprzedzany osobnik i w efekcie plażą rączo posunęła trójka zawodowców. Ja ze swoją łydką poszedłem nieco wolniej ... Te 11 km plaży to może i fajne miejsce, ale ... Po 1. Nie, gdy łydka mówi nie a ty jej Tak. Po 2. Nie, gdy nadejdzie fala Tsunami a po prawej wysoki klif. Po 3. Nie, gdy dzwoni żona i pyta dlaczego tak wolno i czy już przyjechać po Ciebie Kochanie? Po 4. Nie, gdy te 11 km dłuży Ci się więcej niż ustawa przewiduje a pewny już jesteś że chyba ominełeś wyjście z plaży .... Poprzedzająca mnie trójka co pewnien czas dawała z odległości ponad kilometra znaki świetlne a ja przekazywałem je łydce. Chyba zrozumiała. Wreszcie jest - wyjście z plaży było ewidentne, ale fakt nie można było się nań doczekać.

Wbrew pozorom 15-ka była też ewidentna. Po tym punkcie uzgodniłem już z kolanem i łydką dalszy gryplan. Na każdym punkcie biorę jedną tabletkę przeciwbólową i marsz. Niechętnie ale jednak urządzenia cielesne zgodziły się. Byłem uspokojony - teraz w zasadzie byłem przekonany że Marinę osiągne. Tuż przed wyjściem z plaży pojawił się księżyc i gwiazdy, pogoda więc zrobiła się magiczna i cudowna. W wolnych chwilach gdy nie spoglądałem na mapę i teren rozmarzałem się i wspominałem rózne romantyczne uniesienia ... Pomiędy 15 - ką a 16-ką , już za drogą Wisełka - Kołczewo pojawiło się wiele koncepcji terenowych - ślady na sniegu dowodziły to niezbicie. Pewnym zapewne powodem tego jest niezgodność mapy i terenu - konkretnie przebieg szlaków.

Fajnie, fajnie ale pojawił się u mnie kolejny problem - organizm zaczął chcieć spać... Hrm ...Hrm ... A więc kilka kroków i oczka się zamykają. Doświadczenie pozwala mi czasem tak funkcjonować. Ale co to ? Przebudzenie jest okrutne - bo sen był straszny. Wszędzie widzę kilkumetrowe lampiony i oznaczenia punktów które zwalają mi się na głowę. Ratunku !!! Świta. Mam 16 -kę. Cholera, na setce mam ten sam czas co podczas Nocnej Masakry. Nie mogę być zadowolony. Ale jak się dało ciała to się ma. Nie dyskutować > do roboty marsz ( bo biec się nie da ...). Przy jeziorze Czajcze znów napotykam miłych znajomych - trójkę z którą się troszke mieszaliśmy ostatnio. Informują że rezygnują i idą do Warnowa na pociąg. Nie wierzę im, ale kiedy systematycznie oddalam się z każdym metrem i nie widzę reakcji zaczyna mnie to powoli przekonywać. Po 17-ce skręcam do matecznika Żubrów - od początku byłem przygotowany na spotkanie z tym cielakiem. Umyty i nasmarowany oczekiwałem wszystkiego. Teraz więc mój krok stał się ostrożniejszy i niestety wolniejszy. Niestety ( lub stety )do spotkania nie doszło. Teraz tylko Międzyzdroje i Promenada Gwiazd - jednakże ominięta bokiem. Na dalszy marsz plażą nie zdecydowałem się po ostatniej przechadzce. Wybrałem więc drogę leśną i wydaje mi się że było to ok.

W spokoju 18 i szybko 19. Przede mną ostatni odcinek. Po wyjściu z lasu "witam" się z lisem ( tym zwierzakiem - żeby nie było)a konkretnie tym co z niego zostało. Podano lisa w dwóch częściach: głowa z resztką szyi oraz ogon z dobrze wygryzionym kręgosłupem. A propos przed szóstką spotkałem jelenia na przejażdce saniami. Co prawda głowa ciągneła mu się po sniegu więc nie był chyba zadowolony. W odróżnieniu od powożącego myśliwego.

Cały czas poruszałem się w koszulce i starym zużytym polarze i było idealnie. Dopiero teraz pogoda zmieniła się dość radykalnie a ja już zapewnie też. Pojawił się obrzydliwy mocny i zimny wiatr, oraz mokry śnieg prosto w oczy oraz oczywiście długie asfalty. Tutaj dostałem solidnie w dupę. Przed Mostem Piastowskim pojawił się mój support i zaproponował podwiezienie ( gdyby nie strach że Ktoś zobaczy pewnie bym skorzystał ...). Ostatnie metry przed zakrętem do Mariny poświęciłem na uporządkowanie stroju, rynsztunku, wzmocnienie i sprężenie kroku itp. Tym samym wpadłem w ramiona Wieśka niby świeży .... Czas to 27 h 47 min. Cóż - bez komentarza. Ale nade wszystko jestem zadowolony że dystans pokonany.

Szkoda że nie miałem czasu i możliwości na pobycie w bazie i poczucie atmosfery zawodów. Bardzo żałuje. Z tego co widziałem musiało być naprawdę fajnie i super. Gratuluję z całego serca wyśmienitym napieraczom któzy osiągneli wspaniałe rezultaty. Pozdrawiam także wszystkich których zdrowie lub trudności ogólne zmusiły do rezygnacji. Wszystko przed nami. Dzięki za imprezę dla Organizatora.