Bergson Winter Challenge'2006

Bergson z roku 2005 roku podsycił moje ambicje. Po pierwsze się okazało że jestem w stanie ukończyć duże zawody, po drugie że nawet można pokusić się o jakieś miejsce. Oczywiście jak trochę potrenuję!
Pryzstąpiliśmy do startu razem z Wojtkiem. Jak to zawsze bywało, nie trenowaliśmy wiele, a z sobą w ogóle. Ale co to ma do rzeczy kiedy ma się za sobą lata wspólnych przeżyć.
Pierwszą ciekawostką był fakt że po ściągnięciu rowerów z bagażnika nahakowego tylnego okazało się że pokryte są wielką masą lodowo, śnieżno - solną .... A były wprost z serwisu ...
Podział ról był łatwy, Wojtek zabrał się za rowery, ja zaś za generalne wyroby. Potem był obiad kopytkowo pomidorowy i 3 kg kopytek zabranych na przepak ...
Ze względu na fakt że część trasy przebiegała przez Śnieżkę, nabraliśmy jako starzy górscy wyjadacze dość sporo rzeczy ... Plecaki pękały w szwach ..
Tak dobrze przygotowani staneliśmy na starcie - ostatnie życzenia i całusy żony i nastał ten czas. Tradycyjny prolog po okolicznych górkach i uliczkach i ruchy skierowały nas w kierunku szczytów Karkonoszy. Powoli robiło się zimno, a mnie dały mocno znać się ręce. To niestety pamiątki z dawnych lat...
Samotnie osiągneliśmy gdzieś w połowie stawki. Ogarneliśmy się nieco i narzuciliśmy co tam można na siebie. Było zimno, wietrznie i tak sobie. Szczyt osiągnięty został skutecznie, ale przyznać trzeba że nie było łatwo. Zamiast dreptać w rakietach męczyliśmy się bez nich. Osiągneliśmy w ten sposób ulubioną przełęcz. Stąd jakieś niemrawe zbiegi w dół do sztolni w Kowarach. Widać było że jednak chyba nie zabrylujemy. Coś nie przyżerało. Po sztolniach przepak, niestety baaaaardzo długi i nastał czas rowerów.
O dziwo mimo dość jasnej i precyzyjnej drogi robiliśmy małe błędy ... Ale i tak osiągneliśmy Szwajcarkę gdzie był start do etapu pieszego.
Tutaj uparłem się skorzystać z rakiet - bo w końcu po coś je braliśmy ...
Ale wkrótce porzuciliśmy je w formie depozytu ...
Etap pieszy to była jakaś paranoja - wcieło nas na te niecałe 30 km na ponad 10 godzin ... Kosmiczna dziura ...
Po powrocie połowa teamu zapadła w blisko godzinny sen ... Druga zaś wdychała z przyjemnością cudowny zapach schroniska ...
Po wyjeździe porzuciliśmy jeden niepotrzebny wielki plecak, naturalnie w formie depozytu. Znaczy się. Czegoś się nauczyliśmy ...
Dalej pamiętam walkę w okolicach tajemniczego tunelu i rowerową wspinaczkę do ulubionej przełęczy. Miłym przerywnikiem była pogawędka z wielką sową ukrywającą się w przydrożnej śnieznej dziupli. Rozmowa zapoczątkowana przeze mnie a zakończona przez Wojciecha.
Potem jeszcze coś było, ale tak naprawdę to wrescie Krucze Skały, zadanie specjalne i kilka kilometrów do mety.
Start udany bo trasa przebyta. Start nie udany bo i miejsce niezbt zacne, czas okrutny, a ilość ciekawych wtopek ponad miarę niemiłosierna.