Gezno'2006 - czyli malinowym szlakiem

Na powszechnie znaną i docenianą imprezę postanowiliśmy się wreszcie udać.
Start w zespole dwójkowym z Wojtkiem był zdecydowany.
Podróż do Wisłoka gdzie mieściła się baza zawodów umilała nam rozmowa w czteroosobowym gronie, jako że zebraliśmy się większą ekipą.
Wieczorne chędożenie i ranek witamy prawie w cuglach.
Start do imprezy chromadny wyrzucił nas na drugą stronę zbocza i różnymi kierunkami przeprowadzał przez kolejną dolinkę. Z niej wspinaczka na sporą górkę gdzie osiągamy PK1. Już tutaj stawka się przerzedziła.
Niestety nie byliśmy w samej czołówce... Kolejne punkty pokonywaliśmy bez większych emocji ale w bardzo ciekawym terenie i w towarzystwie niesamowitych maliniaków.
Nieliczne problemy rozwiązywaliśmy raczej nie najgorzej, abstrahując od faktu że byłem dość oporny w moczeniu butów. A ciągłe zdejmowanie i zakładanie obuwia jednak na czas się przekłada.
Dopiero przy feralnym punkcie 13 ? sprawa się rypła. W otoczeniu wspomnianego liczne pary przechadzały się dumnie w maliniakach, tam i owąd. Wszyscy byliśmy pewni że jesteśmy we właściwym miejscu, a jednak go tam nie było ...
Ci którzy zdecydowanie poszli dalej zyskali, Ci którzy jak my spędzili tam ponad godzinę stracili.
Jak się później okazało, punkt był postawiony ponoć kilkaset metrów od oczekiwanego przez praktycznie wszystkich w miejscu absolutnie podobnym do tego które było przeczesywane. Organizator twierdzi że PK postawiony był dobrze, a co mają sądzić Ci którzy byli pewni miejsca w którym się znajdowali? Punktu nie było tam gdzie miał być ale to jałowa dyskusja.
Wkurzeni ruszyliśmy dalej. Kolejny PK udało nam się złapać jeszcze na resztkach światła dziennego. Kolejny już pełną nocą, ale szczęśliwie bardzo pewnie i spokojnie.
Ostatni punkt znajdujący się nad bazą sprawił nam jednak problemy, okazało się że nasz pomysł aby ciągnąć lasami i wzgórzami nie był rewelacją. Zdaje się że wartałoby spaść do drogi i nią wyrównać do PK i wdrapać się weń.
Ale, ale i już po. Meldujemy się niestety po czasie, ale łaskawie dopuszczają nas do startu następnego dnia. Ten start liczony do wspólnego wyniku już z założenia jest niefartowny. Musimy wyjechać o 14. A to nie daje nam raczej szans na zakończenie. Tak się więc i staje, łapiemy ze 4 punkty, przy jednym mając pewne problemy i tyle. Zbiegamy do bazy i kończymy.
W pamięci zostaje nam niesłychanie pusty teren, nieprawdopodobne maliniaki i fajna wymagająca rywalizacja.