Harpagan 32 czyli - "z cyklu jak się dobrze przygotować do zawodów" ...

Jako że od dłuższego czasu nastawiałem się na Harpagana, nieco trenowałem, nieco myślałem to nastał w końcu czas aby się na powaznie do niego zabrać.
Ostatnim sprawdzianem był maraton pieszy w Kampinosie. Zdecydowałem się tam na wersję biegową startującą o 23 i tylko na 50 km. Jako że ta pętla wywodzi gdzieś daleko od punktu pozostawienia samochodu to postanowiłem wcześniej zostawić sobie rower na powrót.
Już sam przejazd do punktu 50-tki okazał się nie lada wyprawą samochodową, a potem jeszcze przejazd do Dziekanowa ... Tym samym moja planowana wycieczka okazała się turą samochodowo-biegowo-rowerową ...
Przed startem pozostało mi niewiele czasu, chwilę pogaduję z Maćkiem Rekiem. Ruszamy. Nienerowowo wpierw spokojnie, potem lekkim truchtem. Połowa osobników mnie wyprzedza, połowa zaś nie. Za parę minut jednak mijam ich. Wkrótce osadzam się w ciemności i ciszy puszczy, raz tylko przebiega mi drogę szalony dzik.
Po 3 godzinach zaczynam powoli mijam różnych śpieszonych osobników. Oni startowali o 20.00 ale widać są w wersji soft.
Najwięcej we znaki dają mi się nierówności terenu, w sumie dwa razy łapię glebę i ledwo ratuję słabą kostkę. Raz też zapędzam się nie w ten kolor szlaku ...
W mniej więcej połowie dystansu lekkim truchtem dopada mnie Maciek. Sugeruję żeby biegł dalej sam, bo będzie miał dobry czas, a ja i tak tylko lekko trenuję. Oddala się więc spokojnie. Mijam coraz więcej osób, na ostatniej asfaltowej prostej podbiegam sobie raźno mijając już wręcz dziesiątki osób.
Na półmetku, a dla mecie dla mnie szokujący czas 6 h i 19 minut. Po prostu rewelacja!!!
Kilkanaście minut uspokojenia, zabieram rower i spokojnie jadę sobie w kierunku samochodu. Jakiś wariant autorski, ale po szlakach i drogach główniejszych. Chwilami chce mi się sporo spać. Całość wycieczki rowerowej zamykam w niecałych 50 km, a wszystko w 9 godzinach i 17 minutach.
Po maratonie jeszcze urządzam dwie wycieczki treningowe po okolicach i jestem gotowy.
Aby porządnie wystartować postanawiam wyjechać z wyprzedzeniem aby z dala od domowego remontu wyspać się i nastawić pozytywnie.
Dziwnym jednak trafem okazuje się że w czwartek wieczór trzeba w Bydgoszczy odebrać wózek transportowy > a więc biorę przyczepę. Ponadto w piątek mam wraz z żoną ważne spotkanie w Szczecinku. Syn nie chce zostać z dziadkami a więc pakuje się też do samochodu. Nie można zostawić w domu małego niewinnego szczeniaczka wagi 70 kg a więc i ona dopełnia obrazu w samochodzie.
Mój główny specjalista od remontu widząc to wszystko żegna się i życzy miłego wypoczynku ( chyba z jakimś przekąsem - czy czymś ... ).
Już na starcie notuję ponad godzinne oczekiwanie na szanowną małżonkę pod jej biurem. Wykorzystuje to na drobny sen - tego nigdy za wiele.
Efekt wolniejszego przejazdu z przyczepą i transakcji z wózkiem jest taki że w okolicy Szczecinka meldujemy się grubo po 2 w nocy. Nie ma co liczyć na nocleg w umówionym gospodarstwie agroturystycznym. Nikt nam już nie otworzy. Ładujemy się do lasu i tam skręceni w scyzoryki kimamy ze 3 godzinki w ciasnym wozie ... Tylko nasza psica Irmina ma wygogdnie, no i synek. Ja o tym nie mogę nawet pomarzyć!
A więc poranne odświeżanie na benzynowej stacji i poważne biznesowe spotkanie. A potym jeszcze poszukiwania pewnych miejsc które mieliśmy zobaczyć i niestety grzybobranie i niestety opieka na pieskiem ...
Uparcie kierujemy się w kierunku Przodkowa. Tam w jakiejś miejscowości mamy zabukowany nocleg. Jak najszybciej wjeżdżamy do wioski, chciałbym już gdzieś osiąćć bo za 5 godzin mam start, a chciałbym się jeszcze nieco zdrzemnąć...
Niestety, obiektu nie ma. Jeździmy w lewo i prawo. Po prostu nie ma. Wreszcie na otarcie jakiś obiad i cudem okazuje się że pod Kartuzami jest zajazd który nas przyjmie.
Obróbka wszystkiego trwa na tyle długo że nie ma szans na sen. Oby zdążyć na start, nie ma nawet możliwości aby wcześniej się zameldować w Przodkowie.
Przygotowuję się w miarę sensownie i próbuję skupić porażone myśli i wymęczone ciało. W samochód i wszyscy jadą wraz ze mną żegnać i machać.
Przodkowo wita poteżną szkoła, wielkim ruchem zawodniczym i tłumem w rejestracji. Szczęśliwie dla trasy mieszanej jest osobne okienko i da się sprawę załatwić błyskawicznie.
Po zdaniu towarów, ostatnich napinaniach rzemyków kładę się na podłodze by choć na chwilę dać odpór myślom i chwilę odpocząć. Ale a to ktoś podchodzi, ktoś się wita, o czymś rozmawiamy itp. Porzucam ten zbędny zamiar i wychodzę na dwór. Parę słów z żoną, synem i Irminą. Jestem gotowy. Świeży, wypoczęty, zwarty. Polecam każdemu. Idealne przygotowanie.
Start!
Jak zawsze w pierwszych chwilach niespecjalnie wiem co zrobić z mapą. W ogóle nie wim gdzie jestem i o co tutaj chodzi. Wciskam się na początek stawki i zaczynam de facto jako pierwszy. Ale zaróno ja jak i inni nieco zwalniają bo gwałtownie przemyśliwują co gdzie i jak! Na początku zmienia mnie na chwilę Andrzeh Chorab - tak zapewne On będzie pierwszy na mieszanej - ale na razie nie odpuszczam
Po dwóch zakrętach zaczynają się skoki w bok. Większość osób skręca na peryferia Przodkowa aby tam by pola skierować się na jedynkę. Nagle się okazuje ża ja chyba samotnie podążam asfaltem. Chwilę się zżymam, ale okazuje się że jest i jakaś parka tuż przede mną. Zżymam się bo w zasadzie powinienem biec tam gdzie kierunek "masy" nakazuje. Po sekundzie analizy jednak widzę że i mapa mówi że warto jednak nieco asfaltem nadać i nie będzie źle. Chorab też nie ciągnie z całą masą, ale wycina jakiś własny autorski wariant. A więc skupiony biegnę do zakrętu i skręcam w polną drogę, przede mną wspomniana parka któą dość szybko mijam. Czyżby się jakoś rozbiegli po tym polu ? Nic to. Nasza droga pewnie prowadzi we właściwym kierunku. Systematycznie zmieniamy się z ową parką - to jacyś Czesi!
Przebiegamy przez asfalt i nagle zatyczka - droga nagle wbija się w mały łomik. Skręcam w ścieżkę wiodącą w dobrym kierunku i wszystko chyba gra. Biegniemy tuż obok siebie, nikogo nie widać i nie słychać.
W dość dużym skrzyzowaniu Czesi biegną dalej prosto, ja zaś uważam że trzeba trochę na wschód i prostą drogą wejść spokojnie na punkt. Tak też robię i po kilku chwilach wahań i wątpliwości - bo wszak nikogo nie widać!, docieram na punkt. Przede mną tylko właśnie oddalający się Czesi. 3 pozycja! Rewelacja! Teraz z wyliczeń przy mapie wynika że na 5,0 sugerowanej odległości mam 5,1 km.
Gdzieś z daleka z tyłu jakieś 500 metrów widzę pojedyncze światełko. Ruszam więc ostro. Droga do dwójki jest wariantowa - zdecydowanie narzuca się przez kładkę na Raduni, ale jednak po namyśle wybieram łatwiejszy wariant nawigacyjnie przez most i asfaltem. Po kilkuset metrach powinienem więc odbić już nieco na wschód aby możliwie dużo ściąć. Jednak jak niepomny zaciągam za Czechami i sprowadzają mnie nad jezioro w Dzierżążnie. Wkurzam się. Nie tak chciałem. Zdenerwowany ścinam polami. Wkurzam się jeszcze bardziej, bo jest grządko, mokro, płoty i tempo spada. Mogę być wściekły tylko na siebie. Patrz, patrz człowieku tylko na siebie !
Asfalt - uff. Przecinam drogę i wskakuje na tory. Próbuję wersji pośpiesznej, niestety zupełnie mi to nie wychodzi. Pozostaje więc osobowy. Do zbiegu dróg i hyc w prawo, opuszczam tory, skrzyżowanie w prawo jakoś tak bardzo wydaje mi się znajome... Pod tunelem i na most na Raduni. Porządną drogą docieram do potwornie naprawianego asfaltu. Ruch nieduży, ale przyjemność żadna. Jak to dobrze że to tylko kilkaset metrów! Znowu myk w las i praktycznie bez wahań docieram na punkt. Pierwszy! Wszyscy zaskoczeni dlaczego z tej strony. Ja nie. A więc wyprzedziłęm Czechów. Dobrze. Według opisu 7 km, wg. wyliczeń 7,1 - a więc nieźle.
Patrząc na mapę, cieszę się. Przede mną prosta przecinka, dwa zakręty i jestem na punkcie. A więc jeszcze bardziej się odkuje!
Idę i idę i jakoś nie widzę ściechy, z pewnością za daleko, w końcu schodzę na coś co idzie w niezbyt dobrym kierunku. Zniechęcony wracam, gdzieś tam migają jakieś światełka a więc doszli i przeszli mnie. Cóż, tak bywa. Jeszcze zobaczymy! Ale jednak strasznie komplikuję i mącę. Wszystko jest nie tak, nie dobrze to zupełnie idzie. Przystaję na chwilę i na wschodniej stronie widzę szybką grupkę światełek.
Porzucam moją samotniczą dumę i pędzę za nimi. A to między innymi kolega Grzegorz. Jak zwykle dowcipkuje. Idziemy na zmianę, to oni pierwsi to ja. Dla mnie zgadza się tylko kierunek, nic więcej. W pewnym momencie droga zanika i wszyscy wątpimy. Otrząsam się i zdecydowanie prę resztkami ściechy dalej. Kierunek poniekąd się zgadza! Panowie zostali, wybrali coś innego. Wreszcie docieram do porządnej drogi i decyduję się na kierunek wschodni. Niestety po prawdzie niespecjalnie mogę określić gdzie jestem. Trochę żałuję że nie ma tu tłumu harpaganowiczów. Możę byłoby łatwiej ? A na pewno ciekawiej!
Maszeruję i maszeruję aż mam dość. Przecież naprawdę nie wiem gdzie jestem. Nagle grom z jasnego nieba! Przecież na tej cholernej mapie mam oznaczenia sektorów leśnych. Kilka chwil i namierzam się na mapie. O! Jestem tuż przy punkcie! Dla pewności pytam się nagle pojawiającego się obywatela > gdzie jesteśmy według niego. A to Pan z Ukrainy, czy skądś. Ale potwierdza. A więc dobrze. Jak po sznurku zdążam do punktu ( teraz ). Na punkt wpadam wraz z Grześkiem Łuczko i jego dwoma kolegami. Z drugiej strony wbiega Chorab. Kurcze, myślę. Pewnie już z dwudziesty jestem. Jednak wg. statystyk okazuje się że jestem w pierwszej grupie która otworzyłą punkt. A więc rewelacja - ale o tym dowiedziałem się potem.
Odległość Budowniczego to 6 km, mnie się nazbierało 6,8 km - a więc jednak te błądzenie przy asfalcie dało znać o sobie.
Do boju. Już za pierwszym zakrętem wpadam na ślepą zabagnioną polanę z któej muszę się wycofać. Cholera jasna! Why!.
Patrząc na drogę z 3-ki do 4-ki postanawiam zbić do asfaltu. Twierdzę że na nim wyciagnę lepsze tempo niż przedzierając się i nawigując w lesie.
Pierwsze metry jednak lasem, dopiero po blisko 2 km dochodze do asfaltu. Tutaj notuję idącego z lewej osobnika. O to ów Ukrainiec. A więc nie tylko ja wybrałem ten wariant. Systematycznie podbiegając i schodząc do marszu tylko na podjeściach prę do przodu. Przede mną potężny "worek" drogi prowadzący do Roztoki. Zgodnie z piękną drogą polną prowadzącą na skos, ścinającą wór udaję się w tę stronę. Początek jest doskonały. Lecz po dojściu do lasu wpadam do jakiegoś gospodarstwa, opadają mnie psy, nie mam wyjścia - ciągnę gdzieś dalej i pojawiam się na bezkresnych polach. Wzgórza i doliny, bagno, woda, gęsta gruba gruda. Nie ma szans na wycofanie muszę brnąć dalej. Azymutuję, lecz tempo jest żadne, a walka poważna. Kilkanaście niezłych minut i doczołguję się do asfaltu. Oj, ta opcja musi się odbić na wyniku ...
"Lecę" tym asfaltem ile się da. Aż do wspaniałej miejscowości Kamela, gdzie skręcam na północ, w lesie mam tylko jedną wątpliwość kosztującą 50 metrów i wjeźdżam na punkt jako 7. No niestety, stało się. Po wyliczeniach okazało się że zrobiłem 10,5 km zamiast 8,5. Gdyby jeszcze nie ta wtopa na "worku", to może byłbym w szpicy.
Ruszam raźno, wydaje się że droga do piatki jest banałem. Pojawia się wkrótce jakaś droga któej nie mam na planie. Mijam ją i osiągam asfalt. Oznaczam się i ruszam dalej w las. Gdy wyrzuca mnie na jego skraj tuż przy ładnej drodze idącej w słusznym kierunku, nie namyślam się podążam. Błąd! Wchodzę w zabudowania, niestety! Cofam się do linii lasu i z nia podążam na północ. Wreszcie po jakiś lawirowaniach osiągam tak się wydaje poszukiwana drogę i lecę w kierunku północno -zachodnim. Kilka minut i ląduje na asfalcie. Chwila zastanowienia i decyduje się na wariant skracający a więc w kierunku na Sławki, potem krawędzią lasu bezpośrednio na Somonimo. Biegnę dość ostro próbując wyrównać odległość do poprzedzającej mnie 6-ki. Niestety, oni muszą nadawać co najmniej równie mocno.
Mijam miasteczko, toru, zabudowania, drogę i kieruję się prostą drogą na ścianę lasu. Jednak jego budowa mówi coś innego niż mapa. Decyduję iść dalej, ale moja pewność jest nieco zachwiana. Po osiągnięciu duże drogi leśnej z której miałbym posuwać się bezpośrednio na punkt tracę wątek. Wybrana przeze mnie droga wprowadza mnie w las a nie na punkt. Po kilkuset metrach wycofuję się, idę ze wspomnianej drogi na zachód. Tutaj się oznaczam i rejestruję że raczej muszę skierować się na wschód, tak robię i wybieram następną opcję na północ. Niestety po kilkuset mestrach nie ma nadal punktu. Cholera. Zdezorientowany postanawiam pójść na wschód do ściany lasu i tam się porządnie domierzyć. Tutaj decyduję wejść w bezpośrednią drogę i najść na punkt od wschodu. Popełniam okrutny, kardynalny błąd który dopiero po zakończeniu sobie uzmysławiam. Efektem zawirowań jest moje cofnięcie się znowu na główną drogę leśną. Kiedy już jestem prawie przy wybranej przeze mnie opcji która ma mnie doprowadzić na punkt, z przeciwnej pojawia się grono światełek. Speszony faktem ruszam zamiast w wybraną dróżkę, w inną znajdującą się 100 metrów wcześniej. Podążam, a oni za mną. Po minięciu odcinka gdzie miał być punkt, mocno się wkurzam. Wkurzam na nich, na siebie, na punkt! Co to? Po lewej na zachodzie widzę przebłyski w lesie. Tak to ognisko, to musi być point! Ruszam wprost przez las. Moi towarzysze rozsądnie kierują się dookoła drogami. Na punkcie jesteśmy w tej samej chwili ...
Tak, wiem tutaj dałem okrutnie ciała. I faktycznie zamiast organizacyjnych 7,5 km osiągam prawie 11 ... Czas też daje znać o sobie ...
Ruszam żwawo, koleżeństwo też. Chwilowo się wymieniamy na sieci ścieżek, ale za chwilę drogi się rozstają konkretnie. Niestety znowu trochę przez pola zbiegam do miejscowości Leszno, stąd na północ asfaltem i szybko w las wyraźną drogą na wschód w kierunku Mezowa. Na wysokości linii kolejowej widzę przede mną dwa światełka. Jak przypuszczam jest to para z tej grupki przede mną. Idą, biegną dość sprawnie; jednak po jakimś kilometrze wyrównuję do nich. Posuwamy się razem jakiś kilometr do punktu 6. Z zalecanych 7 km wyszło mi 7,5. Jestem na 7 miejscu, więc nadrobiłem nieco do grupy, bo wszak dwójkę mam tuż przy sobie.
Zrywam się z punktu szybko i nadaję na północ, niestety ląduje tradycyjnie w jakiś zabudowaniach, walczę na polu, w lasku, znów na polach, nad jakimiś stawami. Tragedia. Wreszcie wydobywam się na stosowną drogę i pędzę, pędzę. Dopadam do jakiejś dwójki. Oni są kompletnie zagubieni w czasoprzestrzeni. Uśmiecham się, ale po chwili do mnie dociera że coś jest nie tak. Kurczę zamiast pójśc prosto na północ idę w kierunku miejscowości Grzybno ... Tragedia. Doładowuje sobie spooooro marszu, a nie specjalnie można już gdzieś skręcić czy zawrócić. ...
Smutnym afaltem, w wirach powietrza podrywanego przez przejeżdżające pojazdy docieram w końcu do skrętu. Kieruję się wprost na Osową Górę. W amoku też mnie niestety wywiało nieco za daleko na północ. Cofam się i grzecznie drogą namierzam kolejne topograficzne elementy i wchodzę na punkt. Jestem ósmy, a więc jeszcze ktoś mnie wziął. Nie ma się co dziwić. Zamiast przepisowych 5,5 km mam 8,1 ... I asfalt nic nie pomógł w szybkości.
Zbiegam w dół do Przodkowa, stykam się po drodze z poruszającą się szybko pozycją 8-ą. Trochę razem, a potem solo znowu przedzieram się przez mokre trawy, wprost na wieżę kościoła. Jak to dobrze że na butach goretexy. Jest zupełnie sucho!
W szkole melduję się jako 7. Zamiast przepisowych 4 km mam mniej o prawie 200 metrów ... Nikła to pociecha. Generalnie nadłożyłem 17 % trasy ...
Jestem o 7.18. A tak sobie przemyśliwałem wszystko, że najlepiej jak będę po pierwsze pierwszy - co się nie udało, a co najmniej z nie później niż o 5 -tej. Tak aby móc się wyspać, spokojnie przygotować i wystartować z werwą na rower. Tak sobie przemyślałem że tylko w takiej konfiguracji przejadę całą trasę rowerową, i w czasie dostanę Harpagana. Ta koncepcja już się nie liczy, więc tracę całą motywacje. Nie mam szans, nie mam już ochoty na jazdę. Jednak decyduję się ruszać dalej ale już tylko tak dla sportu. Nie ugram przecież więcej niż 5 -6 punktów i tyle.
Zniechęcony pobieram rzeczy, przebieram się, pojadam, odpoczywam i zbieram siły.
Po niecałych 20 minutach jestem gotowy. Podbijam punkt 8-y i coś mi wbija się do głowy!
- Czy nie moglibyście wymienić mi karty startowej, moja jest kompletnie zniszczona? - Oczywiście że tak! - dziewczyna ruszyła ochoczo na zaplecze po duplikat.
Czekam i czekam, poprawiam strój, ubieram się dokładnie. Po 20 minutch wkurwiony, mówię do widzenia i ruszam bez karty. Teraz to już nawet ...
W trakcie odpoczynku ustawiłęm sobie koncept trasy. Nieśpiesznie decyduję się na maksymalne przeloty asfaltowe. Mój pierwszy PK to 10. Żadnych uwag i problemów. Dojazd do 18-tki też jest zupełnie ok.
I tu nagle się zaczyna. Nie wiem czy nie spojrzałem na kompas czy co, ale ... W pewnym momencie pytam jakiegoś Pana z chrustem > gdzie to do Smętowa ? Patrzy na mnie dość długo przenikliwym wzrokiem. Wreszcie pada - pojedzie Pan na lewo i na dużej drodze znowu w lewo. Jakoś nic mi się nie zgadza, ale jadę. Dużej drogi nie znajduję. Natomiast z nieprzyjemnością notuję że absolutnie nie wiem gdzie jestem. Coś poza tym z setką - czyli mapą nie do końca sobie radzę.
Kręcę, kręce, zwijam się i zwijam, wrescie zjeżdżam z jakieś wielkiej góry, wprost na asfalt. Pobliska tabliczka miejscowości - Smętowo - ustawia mnie i lokalizuje. Co ja do cholery zrobiłem ???
Do 14-tki postanawiam dotrzeć z Ręboszewa. Jak się okazuje czeka mnie tam niezłe wpychanie roweru na wielką górę. Ale dość szybko jestem na punkcie. Zawracam i przez Ręboszewo, Zawory i przedmieścia Chmielna jadę w kierunku 15-tki. O, już jezioro po mojej lewej, a więc szybko na stok po prawej. Pierwsza droga wprowadza mnie w gospodarstwo świń, druga w zarośla, trzecia w domostwa. Zaczynam się miotać w jedną, drugą i trzecią. Jest fatalnie, czas płynie a tu punktu nie ma ...
Po bardzo długiej chwili, mózg zaczyna mnie świdrować że coś jest nie tak. Czyzbym wjechał nie w te miejsce? Dłuższa analiza mapy potwierdza ten straszny fakt. Miotam się jakieś cztery kilometry od punktu ... Zniechęcony zjeżdżam do Chmielna i asfaltem grzecznie udaję się aby naprawić swój błąd. Po zjeździe z asfaltu - tym razem we właściwym miejscu mija mnie grupka z górującym nad nimi Bartkiem Boberem.
Punkt jest a na nim sporo rowerzystów.
Zjeżdżam do Miechucina, po drodze analizuje punkty i czas. Oj nie mam już na nic czasu, trzeba w kierunku bazy. Dalej więc przez Cieszenie, mijając po drodze mnóstwo rowerzystów. Wbijam się w las i praktycznie bez problemu znajduję się na PK 16. Stąd trochę mieszając zjeżdżam do Sianowa i dalej dość oczywiście do Sianowskiej Huty. Tu jak się potem okazuje popełniam błąd i jadę na wprost pojawiających się pieszych, zamiast udać się bardziej bardziej na północny wschód. Mijam Maćka Reka, jest uśmiechnięty i zadowolony. Natomiast tak raczej ciężko mu będzie w limicie zdążyć do Przodkowa. Mijam dziesiątki idących osób. Na punkcie krzyczą że to nie tu, że to punkt pieszy, że trzeba na mapę patrzeć a nie ... A ja nawet słowa nie powiedziałem ... Jadę, jadę i jakoś ustawiam się na mapie. Tak, za bardzo zbiło mnie na południe. Naprawiam to i pobudzony widokiem zjeżdżającego rowerzysty udaję się na pobliski punkt 13.
Stąd hyc na asfalt i do Załęża, tam polbrukiem i na końcu nieco piachem do Trzech Rzek na PK 9. Powrót do asfaltu i szybki zjazd na bazę.
Melduje się tam o 14.43. Odwiedziłem 7 punktów, przejechałem 98 km, zajęło mi to 6 h 57 minut. Wg późniejszych wyliczeń moje błędy wydłużyły potencjalną trasę która mogła mieć 74 k o ponad 30% ... Masakra.
Całość zamknęła się w 17 h i 15 minutach. Ostatecznie zająłem 7 miejsce na tarsie mieszanej. Jak teraz analizuję wszystko, to pomijając wydarzenia z etapu pieszego powinienem nie odpuszczać na rowerze. Gdybym nawet zakładając że nie uniknąłbym błędów nawigacyjnych i problemów z kartą, pojechał jednak na choć jeden punkt za 5 - np. 12 -tkę i odpuścił sobie 9-tkę za 1, to wylądowałbym na trzecim miejscu i na pewnno zdążyłbym.
Ot tak dla przestrogi, jak nie należy sobie odpuszczać i jak należy napierać do końca.