Jesenicky Tvrdak'2006

Zachęcony informacjami umieszczonymi na napieraj.pl na temat eXtremeMan - Jesenicky tvrdak'2006 i wymianą maili z Markiem Hajek - jednym z organizatorów postanowiłem wystartować rekreacyjnie w owej imprezie i zobaczyć jak to zagranicą się odbywa.
Naturalnie JT - jak to w skrócie organizatorzy nazywają nie jest typową imprezą AR, ale uczciwie mówiąc jest po prostu twardą szkoła ścigania w trudnych i wymagających górskich warunkach.
W piątek pojawiłem się w miejscowości Nova Ves, stacji zimowego narciarstwa biegowego, w sercu ładnego pasma górskiego Jeseniki. Przyjęty zostałem bardzo przyjemnie, pomimo drobnych różnic językowych w zasadzie wszystko było jasne ... Miałem tylko trzy pytania, ale, jako że postanowiłem wystartować rekreacyjnie stwierdziłem, że nie będę za bardzo wnikał a wszystko okaże się po prostu w trasie ...
Trzeba przyznać, że organizacja odprawy była bardzo profesjonalna, był rzutnik multimedialny, zdjęcia z trasy, mapy ze szczególnie trudnymi miejscami, dokładna prezentacja wytycznych a propos przebiegu, zasad punktacji za KS itp. itd. Na każdego uczestnika czekał zestaw startowy, do rejestracji na PK służyły wręczone czipy, każdy dostał wcześniej dość dokładne mapy z przebiegiem trasy. Trzeba zaznaczyć, że trasa była wyznaczona bardzo precyzyjnie w terenie za pomocą oznaczeń: strzałek, opisów i znaczków. wyrysowanych na asfalcie, kamieniach, słupach i drzewach. Część z nich to normalne oznaczenia górskich tras rowerowych część została przygotowana specjalnie na tę edycje. Nawet dla mnie obcokrajowca, który pierwszy raz się tam pojawił przebieg nie stanowił żadnego problemu. Naturalnie jedyną niewiadomą były odcinki biegu na orientacje, ale chyba nie trzeba tego dodawać ...
Start nastał w sobotę, dla mężczyzn o 5 rano. Do rywalizacji przystąpiło 41 osób w tym 7 kobiet. Jako że nie byłem do końca pewien tego czy dobrze zrozumiałem wszelkie intencje postanowiłem w miarę możliwości poruszać się za jednym ze współorganizatorów. Pewnie będzie wiedział gdzie biec! Startowaliśmy z 850 m npm w kierunku najwyższego szczytu pasma Jesenik - Pradziada. Przed nami 16 km. Tempo od razu nastało dość ostre. Aby utrzymać się za wybranym obywatelem musiałem nieźle się napocić i to już na początku. Stopczasy szczególnie na pierwszych etapach były dość mocne a więc trzeba było dać z siebie naprawdę dużo. W miarę rozwoju sytuacji okazało się, że jakieś 5 - 6 osób jest już chyba poza zasięgiem, a aby utrzymać się z kolejną grupką musiałem nieźle wyciągać nogi. Trasa jest wyraźnie oznaczona biegnie górskimi szlakami i dróżkami, naprawdę mocno do góry. Przerywnik stanowił około 400 metrów brodzenia w potoku - tzw. kanioning. Miłe chłodzenie i błocenie. Jeszcze 30 minut i dobiegam do Owczarni znajdującej się na wysokości około 1300 m npm.
Tutaj ciężarówką przywieziono nasze rowery. Szybki przepak i rowerem ruszamy asfaltową drogą na Pradziada. 3,5 km drogi i już na szczycie -1491 metry. Prawdziwe szczytowanie! Teraz pozostaje blisko 30 km zjazdu nad brzeg górskiego jeziora - Slezkiej Harty przetykany dwoma konkurencjami specjalnymi i 2-3 drobnymi niewinnymi podjazdami. Kiedy po kilkunastu metrach zjazdu rozpędzam się do blisko 70 km na h zaczynam się niepokoić. Po pierwsze mam spore problemy z rowerem, konkretnie z przerzutkami, po drugie nie jestem specem od takiej jazdy!
Na efekty nie trzeba czekać, wkrótce ląduje w końcu stawki. Nic to, po pierwsze rekreacja, po drugie życie!!! Na marginesie niektórzy z uczestników dochodzili do ponad 90 - tki na liczniku!!! Zjazd z Pradziada i przejmujące zimno poranka umilał mi własny okrzyk "tu se ne pipa", który w wolnym tłumaczeniu oznacza, że w tym miejscu, lub w tym czytniku nie odznacza się posiadanego czipa.
Po 24 km melduje się w miejscowości Bridlicna na miejscowym basenie. Chwila przyjemności pod natryskiem i do wody. Każdy z uczestników miał od startu przydzielony konkretny tor, numery odznaczano wodoodpornym pisakiem i nad każdym słupkiem stał kat odznaczający kolejne nawroty. Dla facetów 60 basenów - czyli 1500 m. W wodzie wrzało jakby tłukły się tam piranie. Praktycznie wszyscy pod koniec dystansu zmagali się ze skurczami. Niestety szybki bieg w górę a potem ostre pedałowanie dało znać o sobie. Znów na rower i po 3 km strzelnica. Tutaj myślę, że poległa moja ufność w jeżyk południowych braci. Najprawdopodobniej strzelałem w zupełnie inne miejsce niż miałem, na dodatek będąc pewny, że są to strzały próbne ... Z przekonania wytrącił mnie prowadzący wpisując na dostarczoną kartę 3 karne odcinki biegowe ...
Nic to! Znów na rower i po 5 km ląduje nad jeziorem. Tutaj czeka kajak oznaczony moim numerem - dość specyficznie wyglądający i tak też zachowujący się na wodzie. Ale nic to!
Nikt ze startujących nie ma żadnych uwag, jak się komuś nie podoba mógł przywieźć swój i tyle. Na kajaku czeka mnie 15 km i te km niestety znów mi dały w kość. Po pierwsze stan kajaka po drugie chyba pierwszy raz siedziałem na pojedynczym kajaku i jeszcze podwodne prądy i jeszcze ... Dość tego tłumaczenia. Straciłem tutaj z 40 minut.
Sama konkurencja była bardzo fajnie pomyślana, całość trasy przebiegała po trzech punktach na brzegu jeziora. Na jednym z nich wyskakiwało się z kajaka i ruszało na bieg na orientacje. Całość biegu liczyła sobie optymalnie około 7 km, ale w związku z tzw. wprowadzeniem w "kajak" podzielona była na "tri okruhy" - czyli trzy części. Mapki do biegu w skali 1:5000, teren górski, skalny, bardzo mocno zachaszczony; punkty zaznaczone w dość ewidentnych miejscach bez żadnych uwag do ich umiejscowienia. Niestety nie uniknąłem około 15 minutowego zastoju umysłowego gdzie naprawdę straciłem całkowitą koncepcje, co do tego gdzie jestem i co ja tu robię.
Po wyjściu z kajaka byłem mocno wymięty ze względu na zamoczenie - aha, bo w trakcie spadło nieco deszczu; na ciasnotę kajaka i fatalne w nim ułożenie. Chwilę zajęło mi przystosowanie się do roweru, ale wreszcie ruszyłem w ponad 20 kilometrowy podjazd do Malej Moravki. Mimo moich oczekiwań, że podjazd będzie okrutny, udało się go jakoś przeżyć. W Malej zaznaczone strzałki skierowały mnie tuż pod skałę gdzie trzeba było ubrać się w uprząż i przystąpić do wspinaczki. Do pokonania była droga o trudności V oraz III oraz zjazd w ósemce. V-ka w swojej końcowej fazie miała sporą przewieszkę i spowodowała u mnie takie skurcze, że musiałem sobie odpuścić i tym samym zaliczyłem kolejna karną runde ...
Spod skały droga skierowała mnie z powrotem do Novej Vsi, do miejsca startu / mety. Rower porzuciłem, zmieniłem buty i ruszyłem na 5 km trasę górskiego biegu na orientacje. Dla umilenia na jednym z punktów czekały 2 wyznaczone odcinki bulderingu na małych skałkach. Tym razem punkty były poważniej skryte a drogę należało oznaczyć korzystając z mapki 1:21000. Po powrocie na główne stanowisko dowodzenia musiałem zaliczyć owe cztery karne rundy biegowe.
I tym samym pozostało mi tylko 14 km górskiej trasy rowerowej. Wyznaczona była za pomocą znaczków i precyzyjnie można ją było znaleźć w terenie. Praktycznie całość, poza 500 metrami asfaltu biegła naprawdę wymagającymi dróżkami i drogami. Na zakończenie naprawdę miły deser.
Podsumowując całość trasy to ca 90 km jazdy rowerem, 1,5 km pływania, 15 km kajaku i 28 km biegu ( 12 km w formie biegu na orientacje ); oraz konkurencje specjalne: nieco a'la kanioningu, strzelanie z wiatrówki, wspinanie i buldering. Czyli razem 134,5 km. Zajęło mi to razem z karnymi rundami biegowymi 13 h i 56 minut. Dla mnie oznacza to 21 miejsce. Było to przedostatnie miejsce, a za nami są pozostali uczestnicy którzy nie ukończyli trasy, zostali zdyskwalifikowani, lub też po prostu im nie zaliczono trast. Zwycięzcy Miroslavovi Venerze zajęła ta akcja 9 h i 31 minut.
Z całą odpowiedzialnością polecam wszystkim tę imprezę, bo naprawdę stanowi solidne wyzwanie, rozgrywa się we wspaniałych pejzażach, rozgrywa się niesłychanie szybko ( przynajmniej w niektórych sekwencjach ), uczestnicy są bardzo mili, organizatorzy są bardzo sympatyczni oraz perfekcyjni.