Mountain Marathon'2006

Po wyczynach na mbanku Wojtek niestety nie mógł kontynuować sukcesów w następnych imprezach. Przyszedł czas na jego lekarskie egzaminy i tym samym przysiąście tzw. fałdów.
Poszukując uparcie partnera do startu zgadałem się z niejakim Bartkiem Niezgódką. To bardzo dobry i doświadczony piechur, z kilkoma startami w imprezach ar.
Po wstępnych uzgodnieniach stało się tak jak nigdy. Do Kłodzka przyjechaliśmy z wielkim wyprzedzeniem. Na sali bazowej w szkole zameldowaliśmy się pierwsi. Praktycznie musieliśmy szukać organizatorów!
Wypoczęci i zadowoleni spokojnie przygotowywaliśmy się do startu. Na liście nie było może zbyt wiele zespołów, ale zapowiadało się fajnie.
Doskonały teren, świetna pogoda, dobra kondycja itp.
Liczyliśmy na miejsce miedzy 4 a 7 miejsce. Czołówka była naturalnie poza naszym zasięgiem.
Przygotowania, przygotowaniami, ale start równo o 9 z rynku Kłodzkiego. Czuję się tak jakbym startował z niejakim Wiesiem dwa lata temu na Bergsonie.
Początek w miejskich zakamarkach idzie nam całkiem nieźle. Na rowerach jednak spuszczamy z tonu. Jedziemy w kierunku znanym mi z owego zimowego epizodu. Tym razem wybieram opcję mniej wyczerpującą. Niezależnie od tego idzie nam ciężko i przy pierwszym punkcie mamy już wymierną stratę czasową, ale i tak nie jesteśmy ostatni !!!
Nawigacja idzie nam dobrze nie popełniamy zasadniczych błędów, ni licząc małego 300 metrowego wariantu. Za nami kolejny punkt i przed nami potężny zjazd na sąsiedną przełęcz.
Od przełęczy wiedzie asfaltowa droga w kierunku przez nas pożądanym. Bartek rusza pierwszy i jak widzę nabiera coraz większego tempa. Z pewnością jedzie koło 30 -tki.
Noc, światła naszych czołówek i niewinne spojrzenia księżyca. Dwa zakręty i jeszcze szybciej.
Nagle jak na zwolnionym obrazie widzę jak Bartek staje raptownie w miejscu, jego tylne koło przechodzi nad nim i pada na asfalt. Raptownie hamuję żeby nie wpaść na niego! W ułamku sekundy podrywa się z ziemi i biegnie w kierunku skraju szosy. Widzę krwawą miazgę zamiast twarzy i siąpiącą się ostro krew! Siada oszołomiony na trawie i głośno sapie !!!
Walczę z apteczką, suszę mu twarz i delikatnie tamuję krew. Używamy już wspólnie wody utlenionej. Bartek dochodzi do siebie. Nie ma chyba żadnych złamań ale wygląda po prostu fatalnie i makabrycznie.
Naprawa Jego i jego scentrowanego roweru trwa ponad 2 godziny. W tym czasie mijają nas wszystkie zespoły, wspomagając słowem i sprzętem - czyli narzędziami.
Decyzja Bartka jest konkretna. Jedziemy dalej. Zaaferowany całym tym rozgardziaszem ruszam potulnie. Wiemy już że nie ma o co walczyć. Trzeba spokojnie dobrać drogę jak najbardziej asfaltem żeby rower i Bartek dał radę. Trzeba czytać teren wychodzący poza mapę. Przekraczamy wszelkie czasowe normy, ale w limicie nadal się mieścimy.
Z wielkim trudem dojeżdżamy do przepaku. Tutaj drobna rekonwalescencja, poszukiwania w podziemiach i ruszamy na trasę pieszego trekingu.
Trzeba przyznać że po czeskiej stronie jest klawo, długo i namiętnie. Zajmuje nam to straszną ilość czasu. Pod koniec wiemy już że dziękujemy. Decydujemy że na wszelki wypadek poprosimy o pomoc lekarską. Niech zbada się i oceni czy wszystko jest ok.
Tym samym docieramy ponownie do Złotego Stoku i kończymy nasz udział. Bartek wsiada w karetkę i zaczyna kurs po szpitalach a ja zjeżdżam rowerkiem powoli do Kłodzka.
Oby się porządnie wyleczył i szybko zapomniał o tych mękach.