Harpagan 34

Po edycji numer 33 miałem bardzo poważny niedosyt.
Wiosną wyruszałem na trasę pełen zapału i chęci do zajęcia jak najwyższego miejsca. Wydawało mi się że wszystko gra i jakiś tam poziom wytrenowania i umiejętności nawigacyjne, zdrowie i psychika.
A jednak, okrutne obsuwy na dwóch punktach spowodowały tak wielką niemoc i niechęć że ciągnąłem się do mety nieczuły na mijające mnie dziesiątki osób. W ten sposób wprowadziłem się do 4 dziesiątki i tak wyszły nici z worka.
W ogóle miałem jakieś założenia na ten rok i praktycznie tylko na ZMP wyszły mi one dość przyzwoicie bo zająłem tam 11 miejsce. Harpagan 33 niestety dał mocno w psychikę. Chciałem się odkuć na Kieracie, ale i tutaj poległem w wyniku zbiegu nieprawdopodobnych okoliczności na 3/4 trasy. Ale takie to niespodzianki każdego z nas mogą czekać.
Na inne imprezy "setkowe" pojechać niestety nie mogłem.
I tak sobie stanąłem wobec decyzji co z tym Harpaganem zrobić? Była nawet taka myśl żeby sobie w ogóle odpuścić, bo wszak przecież do niczego się nie nadaje.
Ale jednak zjadłem sobie tę myśl jak zdechłą żabę i popiłem solidnie winem ......
Jakiś miesiąc przed imprezą przygotowałem dość dokładny plan treningowy. Przez tydzień byłem bardzo pracowity i precyzyjny. A potem?
A potem już nie … Postawiłem więc na łut szczęścia i dobry węch.
Kobylnica przywitała wszystkich wspaniałą i wielką szkołą. Można było się w niej spokojnie urządzić. Moje przygotowania były dokładne i precyzyjne, nieśpieszne ale skupione. Starczyło nawet czasu aby poleżeć sobie z 15 minut i uspokoić oraz nastroić do tzw. walki.
Jak zawsze po rozdawaniu map kompletnie nie wiem gdzie jestem. Przekładam tę nieszczęsną mapę do góry, do dołu; obracam we wszystkie strony a i tak nic nie wiem.
Zanim zaskoczę mija dłuuuższa chwila.
Co tam przepycham się do bramy startowej i hola - start zapodany.
W kilka sekund orientuję się że jestem w ścisłej czubie, rozpoznaje Andrzeja Choraba i błyskawicznie decyduję się "podczepić" pod niego. Dopóki nie zgram się z mapą pewny jestem że szybko i sprawnie przemieszczał będę się w terenie.
Wszystkie te harpaganowe tłumy czołóweczek i latareczek powoli zostają gdzieś w tyle. W bliskiej nas odległości porusza się jedynie kilka małych grupek biegaczy.
Wkrótce konstytuuje się nasza mini grupka w 4-5 osobowy zespół. Jak się potem okaże miałem przyjemność przebiec pierwsze punkty z ostatecznymi zwycięzcami trasy pieszej.
Droga do PK1 to szybki i konkretny bieg, były dwie możliwości dojścia od mostu, Andrzej zdecydowanie wybrał drogę nieco okrężną. My za nim. Nikt nie dyskutował. On ma mapę kolorową, na niej lepiej wszystko widać. My zaś cóż - takie różne niespodzianki namazane na papierze.
Błyskawiczna notacja na punkcie i dalej biegniemy bez zwalniania. Już tutaj zaczynam się orientować, wyciągnąłem nawet kolorową mapę turystyczną, ale wcale nie jest ona aż tak pomocna. Korekta położenia na dwóch mapach jednocześnie i wyławianie z turystycznej treści tego co potrzebne nie jest tak efektywne w biegu.
Andrzej biegnie jak po sznurku, w zasadzie nic nie mówimy, czasem pada tylko jakaś mała uwaga. Pogoda jest rewelacyjna, dość ciepło, mam tylko koszulkę i cieniutki wind stopper. Księżyc świeci - bajka. Z tyłu nikogo nie widać. Owszem owszem. Czas super. Na dwójkę docieramy kiedy obsługa coś jeszcze walczy z przyrządami punktowymi, ale szybki zapis i dalej.
Powoli zaczyna mnie jednak tempo męczyć. Jednak niedostatki treningu muszą się odbić. Zaczynam przemyśliwać o usamodzielnieniu się i zmniejszeniu szybkości. Jednak zwycięża opcja coby jeszcze kawałek, bo i szybciej i pewniej i w ogóle. Docieramy w okolice trójki - po raz pierwszy pojawiają się drobne wątpliwości, jest jakaś rzeczka, nie ma drogi, nie chcemy się moczyć …
Jeszcze …
Jak nosorożec przebiega Jarek Bartczak. Wyczaja właściwy pasaż i my też szybko dajemy za nim.
Tuż przy punkcie, ale punktu nie ma! Chwila deliberacji i cóż to - z drugiej strony nadbiegają Grzesiek Łuczko i jego partner.
Co robić!
Ale jest tu przecież samochód - toż to jeszcze nierozstawiony punkt!
Potwierdzamy nawzajem swoje przypuszczenia, notujemy co trzeba i dalejże.
Jakoś oderwałem się od moje grupki, o nie mijają mnie właśnie!
Praktycznie kilkadziesiąt metrów od punktu w lewo w przecinkę daje Grzesiek, wydaje mi się że nie jest to przecinka.
"Moi" dają do przodu, zdaje się że decydują się na wariant z obejściem. Jakoś zupełnie mi to nie pasuje więc odbijam w przecinkę na wschód, tę która wydaje mi się właściwa i zostaję już sam.
Przecinam przez las, kierunek jest dobry, tempo niestety nie. Takie są jednak uroki azymutowania. Przecinam pierwszą poprzeczną drogę, trochę walczę w krzakach , wreszcie wychodzę na dobrą gruntówkę i dociągam nią do drugiej poprzecznej.
Tutaj trochę marudzę z doborem właściwej trasy, 3 opcje dość szybko mi się kończą i w efekcie azymutuje przez las.
Coś niedobrego dzieje się z moim żołądkiem. Co chwila mam skurcze brzucha i spore bolesności. Odbija mi się olej z pysznego pączka którego niechcący i łapczywie w szkole zjadłem. Czyżby pączek mnie rozłożył?
Wskakuje wreszcie na jakąś drogę, koryguje kierunek i wyrzucam nieczystości z buta. Nadal na wschód!
Z tyłu dochodzą do mnie jacyś dwaj goście, wpadamy lada moment na trzecią poprzeczną. Decydujemy się w lewo, ale szybko się okazuje że trochę moglibyśmy się zapędzić. Cofamy się 100 metrów i kierujemy znów na wschód wyraźną ścieżką.
Nie wszystko pasuje do końca, ale … Zaczynamy powoli narzekać że chyba za daleko, że to nie tutaj.
Bóle nasilają się. Schodzimy do jakiegoś strumyczka. Chłopcy gdzieś się ulatniają. Ja się cofam.
Ból staje się nie do zniesienia. Widzę coraz więcej czołówek w różnych punktach lasu. A więc to tak!
Wybieram największe ich skupienie i powoli maszeruję w tę stronę. Znowuż ten strumyk, a i nawet bagienko! Przesuwam się na południe. Latarki znikają. Ból nie.
Nagle koniec!
Zrzucam plecak, ściągam spodnie i …
Ból wraz z pamięcią pączka odchodzi. Ulga! Wreszcie można myśleć sensownie!
Przełaże na drugą stronę strumyka i próbuję namierzyć przecinkę. Punkt musi być jakoś niedaleko.
Znowu kilka osób, dla porządku pytam czy z czy do punktu. Okazuje się że to Maciek Rek. Super! Pójdziemy więc dalej razem.
Szukamy i kręcimy się w okolicy zbyt długo. Wreszcie po zastanowieniu się kierujemy się tam gdzie trzeba. Jest punkcik. Zbyt długo, o wiele za długo żeby myśleć o zwycięstwie czy o jakiś dobrych miejscach. Tak się płaci za pączki i za szlajanie się po lesie.
Zbiegamy z punktu w dół, tutaj pomocna jest mapka turystyczna. Decyduje się na zbieg szlakiem turystycznym do Krzyni i dalej, a potem zaatakowanie punktu od północnego wschodu. Dłużej ale pewniej i szybciej.
Jak się okaże bieg bardzo przesunął nas do przodu, o kilkanaście miejsc. Sprawnie namierzamy się drogi owianej bajecznymi mgłami i zdecydowanie wychodzimy po krótkiej walce z krzakami wprost na punkt. Bardzo dobrze!
Do 6-tki banał. Tak wielki banał że oczywiście mijamy przecinkę w którą mieliśmy się wbić i musimy nieco nadrabiać …
Po krótkiej dyskusji nad jazem i omówieniem wariantów przekonuje nas Maciek żeby na wprost. Niby droga tam się kończy, ale Maciek mówi że będzie dobrze. No to dobrze. Okazuje się że chyba musiał tam być! Idealna droga i nieco ścieżki doprowadza nas do PGR Skarszów. Fart!
Stąd betonowymi płytami walimy na północ. Chłopcy coś zwalniają, kolega Maćka ma chyba problemy z kolanem. A mnie biegnie się rewelacyjnie. Za skrętem na Kusowo spadam do lasu i niestety nieco klucząc wypadam na drogę prowadzącą do Krępy. Długi odcinek, więc się nieco posilam i popijam. W Krępie gdzie niegdzie widać jakieś światełka.
Kombinuje sobie jakiś plan dojścia do PK7, jednak już jego założenia były błędne.
Powinienem po pierwszych symptomach ( czytaj przedzierania się przez okrutne chaszcze ) zmienić tok myślenia. Jednak nie zrobiłem tego i w efekcie znalazłem się na asfaltówce do Słupska - naturalnie bez punktu.
Cofam się i próbuje właściwie ustawić na mapie. Ale ona absolutnie tutaj nie gra. Kiedy zaczynam myśleć że zaraz wejdę do Słupska wchodzę wprost na punkt.
Okazuje się że jestem coś chyba na 13 tym miejscu. O! Widać nie tylko ja mam tu problemy. A więc nie wszystko stracone!
Zbiegam wyraźną drogę, naturalnie nie występującą na mapie znowu na asfalt. Decyduje się na most w Łosinie. Po pierwsze wydaje się że jest bliżej. Po drugie teren jest już częściowo znany.
Pierwszy błąd. Przed zakrętem asfaltówki widnieje szlak skręcający w prawo, będąc pewny że to ten udający się w kierunku PK1 udaje się w ową stronę bez wahania i myślenia. Po krótkiej utarczce z psami z leśnictwa zaczynam się niepokoić kierunkiem szlaku który zmierza do Słupska. Po 300 metrach wkurwiony skręcam w las i przedzieram się do asfaltu. Widziałem że nie ja jedyny popełniłem ten błąd. Cóż.
Drugi błąd. Znajduje właściwy kierunek szlaku, mijam licznych harpaganowiczów idących tą wersją od szóstki. Kiedy dochodzę do tego zakrętu drogi na którym skręcaliśmy w kierunku jedynki biegnę sobie zadowolony w kierunku mostu. Droga taka jakaś nieco inna, ale … Wybiegam gdzieś na polach nad Słupią ale mostu nie ma … Co jest !!!
Znajduje jakąś ścieżkę udaje się w kierunku domniemanego miejsca pobytu mostu. Nie ma !!! Cofam wszystko i jestem znowu na początkowym skrzyżowaniu. Coś tu nie gra?
Nie mogę się kompletnie połapać z kierunkami. Jakaś ciemna moc spadła na głowę. Raz jeszcze ruszam w znaną już trasę ale cofam się po stu metrach. To przecież absurd. Sprawdzam więc przebieg szlaku w kierunku ca płd i okazuje się że tutaj nigdy nie byłem.
Wreszcie mostek nad drobną rzeczką i dopiero nastaje wspomniane skrzyżowanie znane z biegu na 1. Jednym słowem bardzo podobne skrzyżowanie widziałem przed chwilą. Ale podobne nie znaczy te same …
Dzwonię do Maćka Reka. Nie pociesza mnie fakt że praktycznie dochodzi już do szkoły, On wybrał opcje by Słupsk.
Mijam rowerzystów, podbieguję sobie. Ale to nie ma już sensu. Późno, strasznie późno. To znaczy wcześnie, ale niestety za późno by coś osiągnąć.
Baza, przerzut, przepak, szybko, szybko. Nie biorę czołówki. Nie będę się szlajał po nocy!
Zmieniam Salomony na New Balance. Niestety, coś produkty Salomona ostatnio zupełnie mi nie służą.
Mam obolałe stopy i coś palce nieco obite. A w NB jak nowe idealnie! Wychodzę jakoś tak w trzeciej dziesiątce. Niedobrze, oj nie dobrze.
Na drodze do Widzina doganiam Maćka. Jego partner już nie poszedł na drugą pętle. Kolano.
Z daleka Maciek wygląda jak rozczochrana zakonnica w białych majtkach. Z bliska dopiero nabiera rasowego wyglądu biegacza.
Troszkę sobie podbiegamy, mijamy dwóch napierajacych.
Przy dziewiątce małe nieporozumienie. Maciek chce iść dalej a ja twierdzę że punkt już jest po naszej lewej. Rozdzielamy się, a za 4 minuty dzwonie doń mówiąc żeby się cofnął do mnie. Podbijam i biegnę dalej, za Reblinem mam małe perypetie z byczkiem który na pastwisku ugania się z mną. Chowam się za jedno niewybitne drzewko i wtedy sobie odpuszcza.
Kiedy pojawiam się On znowu za mną podąża. Tym razem szybko na tory i jestem uratowany! Tory, droga od przejazdu, ścięcie dróg przez wyrobisko, kilkadziesiąt metrów i punkt. Jestem 15 -ty!
Rewelacja, ale gdzie są Ci ludzie, jak Oni poszli? Dostaję już zastrzyk adrenaliny i zaczynam podkręcać tempo. Może jednak da się coś zrobić? Ostrym biegiem docieram do okolic Żabna, tutaj kombinuję przez wody i lasy, wypadam wreszcie na jakiejś asfaltówce. Nie powinno jej tu chyba być?
Namierzam się do krawędzi lasu, ale nie wszystko jest jak na mapie. Nieco się obawiam. Wychodzę na oczekiwany poziom punktu, ale naturalnie nie ma go.
Rozmawiam z leśniczym czy nie widział punktu. Nie. Pyta się co ja tu robię. Jak mu mówię o Harpie to jest zdziwiony, bo nic o tym nie wie. Jak mu pokazuję znaczek lasów państwowych na mapie jest jeszcze bardziej zdziwiony.
Zrzędzi że też by pobiegał a nie tylko drzewka znaczył!
Dochodzi do mnie kolega którego minąłem przed 9-tką. Upewniam się o jego wiedzę w zakresie 11-tki.
Wygląda podobnie, skoro nie ma punktu tam skąd On nadszedł, to idziemy w przeciwną. No i mamy. Znowu 2 kroczki na liście do przodu! Chwila przez las i kilka minut dywagacji. Ostatecznie podążamy zarośniętą miedzą, potem ścieżką, potem drogami i wreszcie wypadamy idealnie nad rzeczką na zwalone drzewa.
Przeprawa jest bardzo czujna, ale jest i chwała jej za to. Nieco do asfaltu i stoimy przed słupkiem który tak jakoś tutaj niespecjalnie pasuje.
Krzysiek decyduje się jednak iść w lewo i skorzystać z następnej drogi, ja wolę na wprost. Po kilkuset metrach już wszystko wiem.
Przede mną bagienko a za nim PK12. Nie zastanawiając się wiele wchodzę na kołyszące się bagno i sprawnie przefruwam na drugą stronę. Nieco tylko mokry.
Miła niespodzianka - okazuje się że jestem 9! Daję więc mocno z buta. Wypatruje równą przecinkę idącą wprost na wschód, decyduje się z niej skorzystać. Owszem myśleć nie trzeba, ale jest ona kompletnie zabagniona i zatorfiona.
Jestem mokry do pół uda, a tempo mocno spadło.
Po przekroczeniu linii kolejowej decyduję się na wersję od południa, kiedy wychodzę na większą drogę widzę przede mną postać. A więc biegnę.
Ona też! Biegnę. Ona idzie, ja biegnę, Ona biegnie, ja biegnę, biegniemy. Dobiegam - a to Krzysiek.
A więc mój wariant i owszem malowniczy i prosty ale niestety wolny.
Do 13 tki spokojnie i bez problemów. Też walczymy z płotami. Mocna siatka - da się po niej chodzić! Utrzymujemy 9 i 10 miejsce.
Na dojście do poprzedników nie ma raczej szans - mają nad nami ponad 30 minut przewagi.
Ale zaczyna w głowie kiełkować myśl że może tak wartałoby zejść poniżej 19 godzin! Deliberujemy trochę, nieco nierealne, ale może, może …
Długi prosty przelot między punktami. Dużo biegniemy. W lesie przez 14-tką prawie bez problemów wchodzimy nas punkt.
Przewaga poprzedników zwiększyła się do 45 minut. No to w tej kwestii wszystko już jasne.
Niedaleko do 15-tki. Biegniemy trochę, nieco się zastanawiamy jak wejść na punkt. Wyborne błoto na przejściu przez rzeczkę. Krzysiek nieco kombinuje aby być suchym, mnie to zaś absolutnie nie przeszkadza. Nie widać żadnych możliwości odbicia na azymut, a więc po jakiś 400 metrach skręcamy w prawo i idealnie wchodzimy na punkt.
Odchodząc przypadkiem rzucam okiem na listę i co to! Jesteśmy na 7 i 8 pozycji! Gdzie nasi Poprzednicy????
Nie zastanawiamy się, tylko dajemy ile fabryka dała. Przebiegi gdzie podłoże pozwala - bo Karol K. zdaje się że dowiózł tu nieco błotka.
Ale gdy mamy wreszcie konkretniejszą drogę to w zasadzie non stop bieg.
Mijamy Widzino i pętla się powoli zamyka.
Dociskamy jeszcze tempa i wbiegamy zadowoleni na metę razem. 7 miejsce i 18.45.
Nie spodziewałem się tego po pierwszej pętli.
Jestem bardzo, bardzo zadowolony.
Dziękuje Krzyśkowi za miłe i porządne partnerstwo na końcu trasy.
Teraz mam czas na odpoczynek i liczne przemyślenia, a jest ich nieco sporo.
Ale przemyślenia może inną porą.