Kierat 2007 - próba numer 2.


Poprzedni Kierat zakończyłem na 75 km. Nie dlatego, że za słaby byłem. Ale co prawda to prawda - popełniłem co najmniej 2 potężne błędy które dołożyły mi kilka bitych kilometrów. Depresja ogólna spowodowała ból kolana i było po wszystkim ...
Tym razem miało być inaczej, ale znowu niestety nie było ...
Zwarty i gotowy stanąłem na starcie z niejakim Maćkiem Rekiem. Ruszyliśmy bojowo i na pierwszym Pk byliśmy na 12 miejscu. Przelot na dwójkę miał być przebojem, ale niestety jakoś staneliśmy koło 20 miejsca.
Dalej było w miarę, w miarę. Szło nam jakoś takoś do momentu kiedy w nocnych koszmarach rozeszliśmy się. Od tego momemtu szło mi generalnie bardzo sprawnie aż do godzin południowych. Podobnież miała być jakaś burza - gdzieś tam nawet ją było słyszeć.
Znalazłem się w okolicach 12 punktu, przede mną zostały dwa ostatnie i meta ...
Piękna wyniosła grań wprowadziła mnie wprost w okolice potencjalnego ułożenia punktu. Jego tam nie było. Dodam, że chwilę przed topem wzgórza miejscowy autochton wskazał ten kierunek mówiąc " a Pan na ... > to tutaj, kilka minut ..."
Zaczęło się. Spędziłem tam bite półtorej godziny. Punktu nie było. Telefon do "przyjaciela " czyli Andrzeja Sochonia też nic nie dał.
Zrezygnowałem. Zszedłem w dół i AS w postaci taksówki dowiózł mnie do mety.
Gdzie tkwił błąd? Najprawdopodobniej punkt leżał jeszcze kilkadziesiąt metrów od punktu osiagniętego przeze mnie w poszukiwaniach. A ja nakręcony przez autochtona uparłem się że punkt ma być zupełnie gdzie indziej.