Zimowy Maraton Pieszy - Dobiegniew'07

Tym razem na dłuższą imprezą pieszą udało mi się namówić Wojtka. Korzystając z okoliczności przyrody ruszyliśmy wraz z moją żoną i synem, w kierunku Szczecina który zamierzała zwiedzić.
Cudnym trafem akurat wiał dość poważny wiaterek który w całej Europie zrobił dość dużo szkód. Tym samym podróż była urocza i emocjonująca. Już poruszając się od Piły do Dobiegniewa prędkość nasza spadła radykalnie. Dość powiedzieć że zajęło nam to ponad 2 i pół godziny czasu.
Drzewa zwalone na drogi krajowe omijaliśmy lasami, wśród latających gałęzi i uginających się konarów. Pola także były grane. Odciągaliśmy zwalone drzewa, ale tylko te które nam się udało. Resztę nie.
Osiągneliśmy hotelik w Dobiegniewie wczesnym rankiem, nie było prądu i nadak wiało, nie było nawet łączności komórkowej!
Po śniadaniu żona pocałowała i oddaliła się dalej, my zaś przystąpiliśmy do naszych obowiązków. Przygotowania poszły pełną parą. Start nastał o bodajże 20 -tej w strugach ulewnego i zimnego deszczu.
Do w zasadzie 3 PK większość ekipy poruszała się w miarę razem, tylko drobnymi wariantami się nieco różniąc. Trzymaliśmy się dobrze i wszystko szło doskonale.
Dopiero przed czwórką coś się zaczeło psuć ... Nie tylko nam ... Czas zaczął nieubłaganie odliczać swoje wskazówki, a my plątaliśmy się w rózne strony.
Tak naprawdę cudem, a sporo dzięki niejakiemu Panu Kiełbasińskiemu skierowaliśmy się na właściwe tory. Od tego momentu zaczeliśmy się skupiać na tym co robimy. Niestety tempo także spadało.
W pewnym momencie na dłuższy czas poruszaliśmy się z zespołem napieraj. Razem też męczyliśmy się z punktem przy parkingu który niestety nie był tam gdzie powinien. Po konsultacji z Głównym Wiechorem spuszcono nas ze smyczy dalej.
Nastał świt i tempo było już naprawde niewybitne. Ja z kolei odczułem nagle wielki przypływ sił witalnych. Po konsultacji z Wojtkiem, zwolniony z przysięgi małżeńskiej rączo ruszyłem w przód.
W strugach deszczu osiągnąłem przepak gdzie się nieco posiliłem, ochędożyłem i ruszyłem dalej.
Pogoda nieco odpuściła, więc można było znowu nadrobić trasy. Ostatni punkt osiągnąłem pod koniec jasnego dnia. Teraz został tylko ostatni odcinek, niestety w większości krajowym asfaltem.
Tuż przed dojściem do niego, już w pełnych ciemnościach pojawiła się powtórka z huraganu. Szczęśliwie dość krótka. Kiedy wsprzęgłem się już w asfaltowy tor i uskakiwałem na boki przed pojazdami to byłem już pewny że dociągnę lada moement do mety. Niestety nie byłem w stanie docisnąć aby dojść migające przede mną światełko. A poza tym ze 3 km przed metą wyprzedziła mnie jeszcze Ania Kowalska - wielka siła i power!
Ale to też mnie nie złamało i w końcu osiągnąłem metę na 11 miejscu w generalce, a na 9 w sekwencji męskiej. Czas 25:17, na setkę niestety tylko 19:33. Zdaje się że zachaczyłem tak jakoś o 140 km...