Bergson Winter Challenge 2008

Mój kolejny start na BWC miał być zupełnie inny ... Po zaanalizowaniu wszystkich wcześniejszych postępowań okazało się że prawdopodobnie mogę się pokusić o jakieś sensowne miejsce.
Zachęcony taką analizą przystąpiłem do poważnych treningów. Przedostatni tydzień będą w Austri oddałem się sportowemu szaleństwu. Poza typowymi nartami i snowboardem oddałem się narciarstwu biegowemu, biegom górskim, pływaniu i squashowi.
Plan pracy był bardzo napięty. Ale wszystko się udało. Do czasu gdy przekraczałem polską granicę. Tydzień przed Bergsonem. Poczułem że jestem chory. Nic nie pomogło domowe leczenie - pewnie miałem pobrać antybiotyki i wtedy może by coś lepiej zatrybiło. A jednak nie i do Piwnicznej udałem się do końca nie wyleczony.
Aby mój ambitny plan się udał musiałem jednak z kimś na tę wycieczkę się udać. Jakoś chętnych nie było. W ostatniej chwili pojawiły się kandydatury, jednak czasu było już tak mało że nic nie wychodziło. W ostatniej chwili Kasia Polak zgłosiła swój akces i stało się!
Do bazy ruszyliśmy w czwartek rano. W miarę sprawnie pojawiliśmy się w bazie, załatwiliśmy formalności i przygotowaliśmy się do wydarzenia.
Chwila nerwówki, prezentacja na scenie i bum > ruszyliśmy !!!
Już pierwszy etap biegu na orientacje, niestety przytarł nosa - zamiast przeanalizować mapę dokładnie, to ruszyliśmy jak ćmoki gdzieś w kosmos. Efektem był duży kicarz zamiast małego. Dołożyliśmy sobie z kilometr i z piętnaście minut. Oraz spadło nieco morale ...
Krótka przebiórka i start rowerów. Początek fajny, ale z minuty na minutę czuję że odpływam. Im wyżej tym gorzej. Kasia gdzieś oddala się w przestrzeń. Zostaje sam pchając już rower i siebie. Powoli zsuwa mnie na pobocze, odpływam ! Jeszcze sekundę i zemdleję! Kilkanaście oddechów i jakoś wtaczam się na PK. Melduję Kasi że musimy zrezygnować. Ofuknęła tylko i kazała jechać dalej.
Jakoś trochę się ogarniam i posuwam w dół. Niestety, kiedy pojawia się niewielka stromizna pojawiają się z powrotem dolegliwości. Znowu męczę Kasię. Nie reaguje. Obiecuje sobie że jeśli poczuje się tak samo źle jak poprzednio to rezygnuję bez względu na opinie Kasi. Daje sobie czas od bacówki.
Jest ciężko, ale jakoś idzie. Takie straszne odczucia już się nie pojawiają. A więc muszę dalej. Dla porządku tylko raz na jakiś czas sugeruję żebysmy zrezygnowali. Kasia jest jednak chyba głucha !!!
Rzucamy wreszcie rowery i dokonujemy przebiórki. Nie zajmuje to wiele czasu. Bardzo mnie to cieszy. Ruszamy na długi etap pieszy. Powoli się rozkręcam. Przed szczytem Pusta Wielka gdzie znajduje się punkt osiągam chyba dla odmiany apogeum siły. Wyprzedzamy kilka zespołów, także zbiegając w dół.
Marsz na przeciwległą stronę doliny nie jest już tak imponujący ale jednak jest.
Teraz wreszcie mamy jeden z niewielu momentów - a w zasadzie jedyny, kiedy opuszczamy szlaki i używamy kompasu oraz własnego doboru trasy. Kolejne zbocza i doliny, znowu Kicarz Wielki - ten właściwy. Zbiegając przez Piwniczną mamy kilka chwil wątpliwości. Potem też podążając do chatki pod Niemcową.
Zresztą nie wiem skąd te wątpliwości, wszak jesteśmy na ewidentnych drogach i szlakach, ale jednak są.
Tempo spada. Widzę że nie uda się osiągnąć ani dobrego czasu, ani przyzwoitego. Ale i tak trzeba dalej podążać. Stąd nie ma wyjścia. Praktycznie.
Radziejowa i wyczyny na wieży. Bardzo sprawnie. Teraz w dół, niestety "lecimy" szlakiem a nie jedynym skrótem. Ale w naszym przypadku to i tak nie robi.
W Rytrze przyłącza się do nas Tomek Mikulski którego partner wypadł z gry. Na podejściu czerwonym szlakiem raczy nas wieloma opowieściami o rowerowych szaleństwach w okolicach.
Teraz tylko kilkanaście banalnych kilometrów czerwonym szlakiem i będzie bacówka. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać ... Czas dłuży się nieprawdopodobnie. Hala Łabowska jeszcze za dnia, do Runka podchodzimy już z czołówkami. Wreczie bacówka !!!
Tym razem posiad w schronisku i przepak zdecydowanie dłuższy, ale jeszcze w granicach tolerancji. Naturalnie w tych warunkach ...
Ruszamy w dół śliskim i zaśnieżonym asfaltem. Nie jest to sprawny zjazd szczególnie w moim wykonaniu. Tomek posuwa rewelacyjnie, Kaśka także. Ja nie. Koniec końców jednak lądujemy w Tyliczu. Po drodze próbują mnie brać na koło - ale wychodzi to tylko przez kilka kilometrów. Na sam koniec zaczynam niestety przysypiać co radykalnie odbija się na jeździe.
Po punkcie długi ale nie ostry podjazd i po przełęczy zjazd. Powinno być fajnie ale ... Zdecydowanie przysypiam i musze stawać co chwila by się otrzeźwić. Jak dojeżdżam do zakrętu na 13-tkę okazuje się że Kasia rowowała. Niestety też przysnęła.
13-tka cieszy nas fantastycznym błotem. Osiągnięty i zjazd daleko w dół aby następnie szarpać się w górę. Kiedy powoli ciągniemy w ową górę nastąpił przesił. Połozyliśmy się na glebę i miało być 5 minut ... Było 8 !!! Uff ! Udało się nie przegiąć. Na Halę Łabowską w istocie trwało wszystko strasznie długo.
A potem miało być pięknie. Pięknie bo w dół. No niestety nie wszystko piękne co się świeci ...
Walkę w dół zna każdy kto tam był. Solidnie. Dla mistrzów pewnie trwało to sekundy, dla mnie nieco dłużej.
Potem podwójny mostek - udało się go zrobić jak w końcu znaleźliśmy obsługe. I ostatnie metry. Na mecie - aż się wierzyć nie chce! Obsługa, zdjęcia, szampan i zadowolonie że wreszcie po.
Podsumowanie to > 25 miejsce, 3 - cie w mixtach, czas 33 h i 04.
Nie był to wyczyn życia, ale jest.
Dla porównania zwycięski zespół JSC Jasło uzyskał czas 19:21. Na poszczególnych etapach mielismy do nich następujące straty: etap 1 - 43 minuty, etap 2 - 1,37, etap 3 - 4,46, etap 4 -6,23, zad.1 - 5 minut, zadanie 2 - 2 minuty. Generalnie strata 13:43 ... Makabra ...
Porównując się z kolei do 12 tego zespołu Servis Montana który uzyskał czas 25:18, straciliśmy generalnie 7:46 ... Na poszczególnych etapach mielismy do nich następujące straty: etap 1 - 37 minut, etap 2 - 2,06, etap 3 - 2,51, etap 4 -3,48, zad.1 - 9 minut, zadanie 2 - 10 minut. Masakra ...