Mini Bergson Winter Challenge 2008

Nie byłem jeszcze na mini bergsonie. Trzeba było wreszcie spróbować tego wydarzenia. Do rajdu nie musiałem wcale wiele namawiać Kubę Zajdzińskiego. To bardzo młody obywatel, do zakończenia 16 tki pozostało mu jeszcze 3 miesiące ...
Ale to konkretny chłopak. Ma zaparcie i chęć, jak to pozostanie, a umiejętności wzrosną to czas będzie głowę pochylić.
Zjawiliśmy się więc w Piwnicznej i po odprawie oraz drobnych przygotowaniach nastał czas na sen.
Rankiem nie pozostało już nic innego jak stanąć na starcie i w "cuglach" ruszyć. Szczerze mówiąc nie liczyłem na wiele, chciałem po prostu abyśmy powrócili w limicie. Nie wiedziałem jednak że już założenie nie było zbyt realne ...
Po rozdaniu map chwilę się zastanawialiśmy, ale nawet mimo fantazyjnych pomysłów - na dalszą drogę nie było specjalnej dyskusji. Ruszylismy asfaltem nieco na okrągło, ale w tym wypadku nie było naprawdę dyskusji.
Pogoda była taka sobie - delikatnie już zaczął popadywać deszcz. Podjazd na PK1 dał już pewne mniemanie o temacie. Tuż za końcem asfaltu pojawił się lodek. I stał się on dość charakterystyczny dla tej imprezy ...
Dość charakterystyczne było też to że nie miałem absolutnie formy i siłki ...
Przejazd na PK2 znowu asfaltami, ale już w kompletnym zlewodeszczu. Cudownie!
Jadąc na PK3 dość niefortunnie wybieram trasę pod wyciągami i dalej czarnym szlakiem do schroniska. I owszem do końca drogi się jechało, ale potem ... Mimo wszystko chyba jednak należało podążyć kulturalnie rowerowym szlakiem ...
Na przepaku odzyskujemy siły i wiarę w to i owo, po przebiórce startujemy dalej. Raźno maszerujemy szlakiem ( jako że pod górę !!! ), po PK4 nawet intensywnie zaczynamy podbiegać ( jako że na dół !!! ).
Mimo że punkt był dość daleko jakoś mineło to nawet szybko. Do PK6 uzyskaliśmy nawet kosmiczne przyśpieszenie ( tu już było permamentnie w dół !!! ).
Tuż za PK6, chwilę się zastanawiamy jak wspiąć się na Pustą Wielką. Nasza decyzja kieruje nas na czerwony szlak, ale szybciutko przekraczamy potok i ścinamy polami, aby szlak wyłapać na wierzchowinie. Jak się okazuje był to dobry wybór i nastał wtedy przypływ mocy, bo to był to jedyny przelot gdzie udało nam się uzyskać czas nie z końca stawki - tylko z pierwszej piątki. Szybko, sprawnie i skutecznie. Szkoda że nie było tak cały czas.
Stąd do przepaku jest w dół, podbiegamy - ale już ten przebieg nie jest taki fajny wynikowo. Nie musze dodawać że jesteśmy kompletnie mokrzy, bo i po co.
Schron, przepak i zbieramy się na narty. Ja zadowolony, Kuba mniej. Trzeba powiedzieć że dla niego to praktycznie pierwsze założenie nart. 3 dni wcześniej na igliwiu w lesie próbował jak to się je ...
Liczę uparcie że jest szansa aby zmieścić się w limicie. Chyba powinno się udać!
Tuż przed nami wychodzą Kasia Polak i Stasiu Kruczek. A więc będziemy mieli towarzystwo. Niestety, po 2 minutach rozpływają się w mgle... Tyle. Na razie Kuba idzie idealnie. Tak jakby nie był to pierwszy raz na nartach. Zmienia się wszystko po PK9, pa małym wzgórzu, ruszamy w dół i to jest tragedia dla Kuby. Zakręt, drzewa, zjazdy, śnieg. Zwała, zwała, zwała. Oj! Oj, nie jest dobrze.
Ilość obić i siniaków wzrasta wprost do kwadratu. Oj, chyba nadzieja się rozpływa. Nadzieja na zmieszczenie się w limicie ...
10PK mieści się na Jaworzynie Krynickiej. Jakieś 20 minut wcześniej zapadł zmrok, suniemy na czołówkach. Wsuwamy się na trasy narciarskie u podnoża kopuły szczytowej. To mocno znane mi tereny. Mój syn tutaj szlifował swoje narty.
Wpadamy na szczyt Jaworzyny, tuż obok koleji. Wjeżdżają własnie narciarze zjazdowi i ruszają w dół oświetlonym stokiem. Z budynku wychodzą goprowcy, patrzą coś na nas krzywo i bełkocą. Pytam gdzie punkt?
- ale o co chodzi? jaki punkt ? - dalej coś bełkocą i odchodzą w siną dal.
Zmoczony i zmęczony zaczynam coś przewąchiwać. Wyciągam mapę i wszystko niestety ku ... jasne. Nie Jaworzyna tylko schronisko na Jaworzynie!
Zjazd po szerokim zboczu nie stanowi aż takiego problemu, natomiast końcówka do schroniska. Oj .... Dokonujemy, realizujemy i wyciągamy się na górę z powrotem. Bolało. Teraz zaczyna się prawdziwy problem. PK11 to prawdziwe wyzwanie tego rajdu. Tu trzeba zrobić swoje. Zaczyna nas doganiać wychłodzenie i smutek ogólny.
Nie specjalnie wiem jak sobie poradzić z tematem. Dokonujemy 2 prób, ale na drugiej wymiękamy. Widzę że nie ma najmniejszych szans na limit. Jest duże zniechęcenie. Widać że Kuba też ma już dosyć walki z nartami. Czas więc wracać. Niestety musimy powrócić tę samą droga bo inaczej nie ma sensu.
Z boleścią ciśniemy w kierunku schronu. Obici kompletnie w końcu jesteśmy na miejscu. Zaraz za nami wpada Kasia Polak. Okazuje się, że tak jak myślałem ów punkt do łatwych nie należał.
Mimo że na klasyfikację liczyć nie mogliśmy, to jednak chcieliśmy znaleźć się w hotelu. Okazało się że na drodze stanęła poważna przeszkoda. Lodowa przeszkoda. Do dzisiaj niektóre obicia mówią dzień zły ... Kilak osób może to zapewne potwierdzić.
Start mimo że nie zakończony regulaminowym czasem to był jednak udany. Po pierwsze doskonały trening na początek roku; po drugie wspaniałe wprowadzenie dla Kuby - mógł zaznać i radości i smutków; po trzecie kolejne doświadczenia - właściwe i niestety też niewłaściwe wybory. I ta kompletna szmata ze wszystkiego. Idealnie.