Rajd Dolnego Sanu'2008

Rozpoczął się nowy pieszy rok 2008. Ponownie skierowałem swoją uwagę na "orienterskie setki". Nadal mi się wydaje że mogę coś w tej kwestii powiedzieć.
Nastawiłem się na ZMP, przygotowałem mentalnie, treningowo zdecydowanie gorzej, ale niech tam. Smutnie jednak zanotowałem rezygnację Wiechora z imprezy. A było już do niej tuż, tuż!!!
Co robić? Na gwałtownie okazało się że niejaki "Skorpion" przytył do 100 km i wpisał się do Pucharu. Jednakże na ten termin miałem kalendarz już zamknięty.
Nagle pojawił się znienacka RDS!
Jako że organizował go Hubert, jako że termin był ok. Postanowiłem - jadę!
Analizując listę startową stwierdziłem nawet że jest jakaś szansa wygranej! Troszkę się podjarałem naturalnie i wobec powyższego zacząłem stroić psychikę na najwyższe C. Z jednego sobie tylko nie zdawałem - że i inni postanowili tamprzyjechać wygrać.
Ostatnie deliberacje i następuje wyjazd do Woli Stalowej. Troszkę koncepcji czy startować o 20 czy 23. Jednak i tak nieliczne obowiązki sprowadziły mnie na miejsce i tak po 20 - tej. I tyle.
Miałem sporo czasu by obejrzeć dokładnie mapę i wybrać drogę. Nie miałem raczej specjalnych wątpliwości co do doboru tej jednej jedynej.
Prognoza pogody była z tych makabrycznych. Plecak dość dziwnie napuchł mi od licznych zmian skarpet, rękawic, kominiarek, kurtki i polara. Nawet w szaleństwie rozważałem drugą parę obuwia, ale się nie zmieściła. O!
Nastała więc godzina 23. Raca poszła w górę, a my w przód. Teraz poszło 13 uczestników, wcześniej 8. A więc to rajd kameralny.
Już na kilkuset pierwszych metrach okazało się że szpicę stanowią ja, jakaś dwójka niezłych obywateli i jeszcze jeden chłopak. Pozostali zostali zdecydowanie z tyłu. Nie mieliśmy jakiegoś szalonego tempa, ale było to jednak porządne truchtanie do przodu.
Po kilkuset metrach miasta, po raz pierwszy przekroczyliśmy San. Po minięciu miejscowości Pysznica zagłębiłem się w las. Światełka za mną znikneły. Po minięciu rzeki Bukowa wniknąłem w kolejny, tym razem olbrzymi kompleks leśny. Natychmiast z każdej strony zaatakowały mnie liczne ślepia i źrenice. Poczułem się nieswojo ...
Czołówkę włączyłem na najmocniejsza opcję i ruszyłem szybciej w przód.
Drożnia niespecjalnie zgadzała się z mapą, ale z pomocą dzielnego kompasu udało się właściwie kierować. Pogoda teraz była tak naprawdę bardzo dobra, niespecjalny wiatr, zimno poniżej zera i sucho. Było ok!
Bardzo starałem się trzymać właściwej drogi, ale zdecydowanie jednak zrobiłem jeden krok w niewłaściwym kierunku. Nie chciało mi się wracać, szczególnie gdy i tak powinienem wypaść na drogę kierującą wprost do punktu. Sztorcowałem się jednak za brak uwagi. Wreszcie wypadłem na główną drogę leśną. Tu powinien być punkt!
Ale, ale, przecież jednak wyrzuciło mnie za bardzo na zachód. A właśnie z tamtej strony majaczą na drodze 3 czołówki. A więc jestem tu 1! Teraz tylko pytanie czy w lewo czy w prawo? Niestety zamiast myśleć, skierowałem uwagę na czołóweczki. Czy tam czy tu? Wkrótce już razem deliberowaliśmy gdzie punkt wisi sobie. Po kilku minutach ruszamy dalej na wschód i niebawem spisaliśmy punkt. 1h 36 min od startu.
Ruszam dalej, tuż przy krańcu lasu mam problemy z bukłakiem, muszę się zatrzymać i dokonać kilku poprawek. Znowu dochodzi mnie wspomniana dwójka i solista. To pewne - między nami rozegra się walka o podium. No chyba że ktoś z 20-tej da porządnie do pieca! Po krótkiej renowacji mija mnie inna dwójka idąca na PK1. Ja z kolei ruszam w pościg i w połowie drogi do PK2 mijam naszą małą szpicę. Tuż przed ową dwójką zagapiam się szpetnie i muszę cofnąć się prawie 200 metrów do pominiętej kapliczki ... Wstyd!
Mijając znowuż prowadzącą dwójkę, kajam się z własnej głupoty i nieuwagi. Kolega solista ostał się już zdecydowanie dalej z tyłu. Ze wspomnianą dwójką systematycznie się mijamy i zmieniamy na prowadzeniu. Długi okres asfalowy z małą przerwą na porządne oglinianie nóg, wreszcie wypluwa nas na PK3. Przepust niedaleko Sanu.
Tutaj dwójka cofa się do asfaltu, a ja decyduję się na wał Sanowy. Małą wątpliwość budzi tylko strumyk po drodze - pytanie czy wał jakoś go pokonuje czy też on pokona mnie? Szczęśliwie jest to przepust! Troszkę tylko muszę zmodernizować część drogi, którą jak się okazuje chciałem pokonać w poprzek ogródków działkowych. Trzeba jednak zostać było na wale. A nie było to łatwe, gdyż wiatr już zaczął konkretnie napierać i wychładzał solidnie. Tak naprawdę to nie poruszałem się po nim, a u jego stóp ...
W efekcie wychodzę na znany już mi z początku trasy most na Sanie, tutaj w lewo i zaraz pragnę udać się polną drogą w kierunku rowerowej ścieżki. Gdzieś z okolic ogródków powoli dochodzą do mnie dwa światełka. To moja ulubioba dwójka! Razem troszkę marudzimy nie mogąc się wstrzelić we wspomnianą drogę, zgodnie wreszcie rzucamy się w pola i zbieramy gliny co możemy... Po kilkuset metrach wpadamy zdaje się na właściwą drogę. Zaraz też pojawia się asfalt z Sudoł.
Tu chłopcy kierują się w lewo i ruszają dalej na południowy wschód jakąś polną drogą. Ja z kolei decyduję się nieco wrócić w kierunku Sudoł i dosłownie za 100 m łapię analogiczną drogę - mam nieodparte wrażenie że to ta rowerowa droga. Od tego momentu owych Panów już nie spotkam ...
Kiedy piszę te słowa to już jednak nie jestem tak pewny czy ja miałem rację, czy to Panowie wzieli tę dobrą.
Jakby nie patrzeć to poruszam się drogą blisko Sanu. Wszystko było doskonale, ale w pewnym momencie przy jakimś krzyżu, w wyniki wątpliwości i braku jednoznacznego przebiegu udałem się "słabszą" drogą. Efekt był jasny, po 400 metrach droga się zakończyła, a udając się w prawo stanąłem nagle nad Sanem. Cholera! Parenaście metrów brzegiem i wchodze do jakiegoś gospodarstwa. Psy ujadaja, a mnie wcale nie jest ok. Nie podoba mi się to. Omijam od północy zabudowania i ląduje na rowerówce - to już na sto procent ona!
Na tej drodze mam potężny kryzys, zresztą zawsze po takim odcinku nie jest mi dobrze. Ale wszelkie rozważania staram się oddalać. Próbuje własny organizm zmusić do wysiłku i to jest w tej chwili najważniejsze. Z lewej i prawej strony płoty domów i zęby psów. Nawet raz ujmuje kamyk w dłoń... Gdy majaczy się przede mną most, mapa nieco odstaje od realiów, ale dopasowuje ją szybko i znów górą pokonuję San. Mam więc PK4.
Teraz przede mną miejski etap przez Nisko, łącznie z kontynuacją drogą numer 19. Dobrze że jest noc i ruch nie za wielki. Kiedy docieram do ściany lasu, oddycham z ulgą. Mimo że pobocze jest nawet bezpieczne, przelatujące obok Tiry nie budzą zaufania.
Skręt w kierunku jeziorek widocznych na mapie okupiony jest charkotaniem psów. Pytanie - czy moi dwaj Panowie biegną gdzieś przede mną i stąd te szczekanie psów, czy też to tylko moje omany?
Szybko znajduję się nad jeziorkiem, wkrótce nad drugim mniejszym. Jeszcze tylko parę chwil z lewej i prawej i już. PK 5.
Teraz przede mną etap którego dość się obawiałem. Przelot między punktami nie jest zbyt ewidentny i dość trudno się zdecydować którędy. Tak też i w rzeczywistości się staje. Po pierwsze, koryguje w trasie kierunek przejścia, po drugie ląduje w jakiś pancernych śmietniskach. W lesie i na polach drogi absolutnie nie zgadzają się z mapą. To pewne. Zamiast dotrzeć do lini kolejowej i drogą obok wpaść na skrzyżowanie z drogą 77; to ścinam jakieś tajemnicze płaszczyzny i wypadam na 77-kę jakieś 300 metrów przed oczekiwanym skrzyżowaniem. I tak dobrze, pocieszam się.
Gdzieś tam zaczyna powoli świtać, a ja zaczynam cierpieć wskutek kontaktu z asfaltem. Nietety moje buty nie na te podłoże. Tupczę i tupczę aż spadam za wsią z asfaltu i wkrótce mam PK6 tuż u ujścia rzeczki.
W planach miałem powrót do wsi i asfaltu i kierunek okrężną drogą do mostu kolejowego. Jednakże tutaj widząc charakter brzegu Sanu decyduje się na ścinkę. Hop przez rzeczkę i dalej na północ! Jakieś 500 metrów przed mostem mijam 2 Panów. Niestety, nie są to owi moi Panowie, ale i tak mam powód do radości - zdaje się że doszedłem do kogoś kto startował 3 h wcześniej! Po przejściu mostu zaczynam się nieco łamać czy nie skierować się dalej w kierunku bitej drogi, jednak pozostaje przy pierwotnym planie.
I dobrze. Pola są zmrożone i dość dobrze się porusza. Naturalnie do czasu. Nagle drobny lód się załamuje i mam nogi kompletnie mokre.I dobrze. Dopiero po ponad 50 km.
Ten odcinek robi się niesłychanie malowniczy. Jest już jasno, po lewej sunie San, po prawej krawędź wzgórz i wspaniała roślinność i ciekawie ustawione domostwa. Wiosną, latem musi tu być odjazdowo! Na PK7 wchodzę instynktownie, jeszcze trochę a poszedłbym wzdłuż Sanu zamiast wspiąć się na krawędź wzgórza. Znowu asfalt. Oj. Przełamuję się, szczególnie że droga biegnie w dół, więc i ja biegnę. Według planu z krzyżówki z drogą 19 powinienem udać się w prawo w kierunku asfaltów ... Jednakże znużony ich formułą decyduje się podążać drogami polnymi wzdłuż widocznych wzgórz i w dogodnym momencie wedrzeć się na górę, oczywiście na owe asfalty. Tak zrobiłem. Było dobrze, szczególnie że udało się wejść pomiędzy domami na drogę! A jak się okazuje wzgórza były kompletnie utkane domostwami i płotami.
"Piękna czarna" droga prowadzi mnie do Olszowca Pierwszego, mijam potok Korzonki i zaczynam rozglądać się za kościółem. Coś nerwowo się robi, jakoś nie pasuje mi tutaj nic, a obiektu nie ma! Decyduje się zasięgnąć opinii tubylca, chociaż z bólem - bo na całej drodze non stop spotykam ludzi, bełkocących coś z sensem dla siebie i ukrywających w dłoni jakieś flaszki. Szczęśliwie wybór obywatela był w porządku i dowiaduje się że kościoła żadnego tu nie ma! Cofam się ze dwieście metrów i wchodzę w drogę, w tę którą sobie założyłem. Chociaż to się zgadza. Bezproblematycznie nachodzę na PK8.
Stąd dalej zgodnie z założeniami dalej. Coraz bardziej zaczynają mnie męczyć nogi, od momentu kiedy zamoczyłem się, asfalty dają powaznie popalić, plus glina z dróg polnych wbija się gdzieś pomiędzy i jest niezbyt, niezbyt. Jak nigdy, decyduję się na zmianę skarpet, siadam i widzę że dobrze, na bokach mam poważne napuchnięcia. Jak nigdy, zakładam nawet plastry. Znów asfalt, a więc biegnę! Ale poboczem ...
Przez PK9 do PK10 nic specjalnego poza nieprawdopodobnymi domami pomiędzy Targowiskiem a Moskalami. Pozazdrościć, dawno takich obiektów nie widziałem! No i dla większego miłego zaczyna powoli kapać. Szczęśliwie że teraz, a nie tak jak miało - koło trzeciej.
W Jastkowicach coś mnie oświeca i zamiast planowanego ruchu w lewo podążam w prawo. Kiedy znajduje się na Bratniej Łące błogosławię ten ruch. Gdybym poszedł tak jak na mapie narysowałem, to spotkałbym się z polnymi drogami które już testowałem pomiędzy PK2 a PK3. Było wtedy tragicznie.
PK 11 nie stanowi problemu, a wręcz przeciwnie doprowadza do zwiększonego tempa. Coś chciałem pokombinować przed PK 12, ale jednak zrobiłem dokładnie tak jak sobie wrysowałem i była to właściwa decyzja.
Na punkcie krążę wokół betonowych rur i jakoś punktu nie widzę. Wkurzony jako że pada konkretnie, udaje się dalej w kierunku Stalowej. Brak PK i tyle. Jednak jakieś 200 m dalej coś mnie tyka i dzwonię do Huberta z meldunkiem. Ten mówi że niemożliwe żeby nie było punktu. No tak, skubaniec musiał wsadzić go do rury, a mi się nie chciało głębiej zajrzeć! Wkurzony cofam się i jak niepyszny rejestruje że tak naprawdę, to punkt widać kiedy człowiek nieco głowę schyli. Wściekły podbiegam solidnie, wzburzony że straciłem tyle czasu.
Parę kilometrów wcześniej skończyły mi się płyny w camelu, ale jakoś delikatny deszczyk pomagał. Teraz jednak widzę że jest niezbyt fajnie. Po minięciu skrzyżowania z obwodnicą, wchodzę do pierwszego sklepu i kupuję colę! Część do gęby, reszta do camela! Ścinam do obwodnicy i podbiegam, podbiegam dalej!
Już od dłuższego czasu kalkuluję sobie jak to będzie z miejscem i czasem. Coraz bardziej wykluwa mi się całkiem miły wynik czasowy. Jednak, aby go osiągnąc muszę się sprężyć. Precyzyjnie rozkładam siły na ostatnie kilometry. Staram się realizować w praktyce rozkład biegu i odpoczynkowego marszu.
Mój plan dojścia do PK13 jest taki, że wpierw obwodnicą, potem wchodzę na osiedle Poręby i przez Pławo oraz na Skarpie docieram do znanego już mi mostu na Sanie. Stąd brzegiem rzeki ruszam w kierunku małego kanałku. Trochę mnie on trapi, ale niby jest tam jakiś żółty szlak, więc przejście powinno być. Jest i owszem, ale po jego pokonaniu nieco się zatracam i docieram do nazwijmy to doku rzecznego od strony rzeki. Punkt jest po przeciwległej stronie, obejść doku nie można bo wszędzie płoty, instalacje, zakazy etc.! Tracę jakoś watek i uzmysławiam sobie że muszę obejść całą elektrownie, a to przekreśla kompletnie moje szanse na sensowny wynik. No i poza tym tyle trzeba naginać. Powłóczę więc smutno nogami ...
Nagle patrzę że coś przekombinowałem z mapą! Jest dostępna droga która biegnie w kierunku punktu! Jak byk - tylko ja coś sobie ubzdurałem! Wzmocniony zmieniam nastawienie i wpadam na PK a następnie raźno maszeruję w kierunku bazy. Na drodze mijam kolegę, który szczęśliwy mówi że to już końcówka.
Do bazy droga i owszem ale niestety przed nami jeszcze PK14. Groźnie umiejscowiony, za Hutą na wzgórzu w lasach. Mówię sobie że nie interesują mnie żadne dróżki, będzie azymut i tyle. Byle szybciej.
Od dwóch godzin leje już solidnie, jestem absolutnie mokry, buty i nogi znowu też. Nie zwracam na to uwagi, tylko zwiększam tempo na ile to możliwe teraz i w tych warunkach. Na krańcu ogrodzeń Huty okazuje się, że tak jakby na punkt wiodła prosta jak strzelił ścieżka! Nic tylko się cieszyć. Po spisaniu danych z PK uspokojony zbiegam z górki i podkręcam tempo. Ludzie wychodzący z Huty patrzą mocno dziwnie, niektórzy pod jakimiś budkami ciągną piwko. Też to kiedyś zrobię! Ostatnie metry mijają błyskawicznie. Meta!
Ze zdziwieniem i niedowierzaniem patrzę na ściane a tam już wiszą wyniki czterech osób które skończyły ... Jak to? 13.01 - jak to się stało? Dopiero po chwili dociera do mnie że wciskam się pomiędzy tę czwórkę na trzecie miejsce! Rewelacja ! A czas - super 15.49! No, no, tego bym się nie spodziewał!
Z analizy trasy wynika że pokonałem jakieś niecałe 104 km, łącznie z tymi moimi drobnymi zawirowaniami. Ponad 50% trasy to asfalty. Z jednej strony to dobrze, z drugiej zaś ...
Punkty ustawione w fajnych miejscach, precyzyjnie i dokładnie.
Mowiąc szczerze myślałem że więcej czasu spędzimy w leśnych ostępach. Ale to dobrze. Raz na jakiś czas trzeba poznać swoje możliwości w innych warunkach.
Jak na otoczenie dość uprzemysłowionego terenu to trasa raczej nam go oszczędzała, pokazując nawet kilka bardzo interesujących miejsc. O tych mniej ładnych po prostu szybko zapomnimy, a takie jak niektóre odcinki brzegowe Sanu zapadną na długo w pamięć. Bardzo fajna impreza.